Menu
Menu Szukaj

Transalp 2020 - Tuxerjoch Route

Transalp przejechałem w tym roku po raz drugi – pierwszy był jednym z moich najlepszych wyjazdów rowerowych w życiu, więc już wtedy zapowiedziałem powtórkę. Po roku przerwy znów więc stanąłem z plecakiem na północy Alp i ruszyłem w stronę Gardy – tym razem ciut trudniejszą trasą, Tuxerjoch Route. I nie zgadniesz – był to jeden z moich najlepszych wyjazdów rowerowych w życiu.

Transalp MTB Tuxerjoch Route
W wyprawie wziąłem udział w ramach współpracy z organizatorem, Tomkiem Pawłusiewiczem z Transalp.pl. Jest on też autorem części zdjęć – wszystkich, na którym jestem ja, ale nie tylko :)

Co to jest transalp i ile to kosztuje?

W relacji ze swojego pierwszego transalpu (na trasie Como Route Max) szczegółowo opisałem wszystkie aspekty praktyczne, w postaci odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania. Gorąco polecam ten kompleksowy artykuł jako uzupełnienie dzisiejszej relacji:

→ Więcej: Transalp

Tutaj tylko streszczę najważniejsze punkty:

  • Transalp jest wyprawą rowerową z północy na południe Alp. Trasy są różne, ale najczęściej kończą się nad jeziorem Garda.
  • Cały dobytek wiezie się w plecaku, co nadaje wyprawie charakteru przygody, ale przede wszystkim zapewnia niezależność w planowaniu noclegów.
  • Nie jest to wyjazd dla początkujących, raczej dla solidnie średnio-zaawansowanych i zaawansowanych – niezbędna jest przyzwoita kondycja i obycie z trudniejszymi, górskimi zjazdami;
  • Całkowity koszt wyprawy z przewodnikiem to około 3500-4000 zł.

Transalp MTB Tuxerjoch Route

A w praktyce wygląda to tak..


Dzień 1: Schwaz – Tux

Mogłoby się wydawać, że pierwszy dzień transalpu jest najłatwiejszy – bo nogi jeszcze świeże, a entuzjazm wysoki. Ale tak naprawdę jest na odwrót, bo tyłek, plecy i głowa nie są jeszcze przyzwyczajone do pokonywania sporych przewyższeń z plecakiem.

Ale po kolei! A nawet cofnijmy się o jeden dzień, bo transalp tak naprawdę zaczyna się w dniu zerowym, kiedy wszyscy zjeżdżają się samochodami w umówione miejsce pierwszego noclegu, a wieczorem przy piwie omawiają plan na kolejny dzień i ew. korygują zawartość plecaków. Kolejnego ranka wszystko co zbędne zostaje w samochodach, a samochody (też zbędne) zostają na parkingu w miejscowości startowej, do której za tydzień wrócimy busem.

Początek trasy to rozgrzewkowe, asfaltowe boczne uliczki Schwaz, z przerwą na napełnienie bidonów – tego typu miejskie źródełka to w Alpach najpewniejsze źródło wody. A ta bardzo się przyda, bo przed nami około 1600 metrów przewyższenia w jednym kawałku – najpierw mało uczęszczaną drogą asfaltową, a pod koniec dającym wytchnienie od słońca leśnym szutrem. Z tym „wytchnieniem od słońca” to lekka ironia, bo mniej więcej od połowy podjazdu gonią nas chmury. Zaczynają się skraplać dosłownie 500 metrów przed schroniskiem (i tym razem wyjątkowo nie chodzi o metry w pionie!).

Kiedy jednak po 2,5 godzinach zwiększania energii (potencjalnej) deszcz zaczyna ustępować, wskakujemy na rowery i ruszamy do znanej chyba każdemu narciarzowi miejscowości Tux. Na początku czeka nas jeszcze kawałek podjazdu ultra-widokowym singlem [komentarz Tomka: „haha, podoba mi się, jak Alpy zmieniły Twoje rozumienie słowa kawałek podjazdu, bo ten kawałek to było 500 metrów przewyższenia :D”]. To znaczy widokowym, kiedy nie pada… Ale na panoramy odległych szczytów jeszcze się napatrzymy, a Alpy spowite złowrogą mgłą i chmurami mają własny, niesamowity klimat. Moim zdaniem nawet lepszy, a na pewno bardziej zapadający w pamięć… i lepiej wyglądający na zdjęciach, o ile zaryzykujesz przemoczenie aparatu.

Ze względu na deszcz, który jednak nie ustąpił tak bardzo, jak się wydawało, na zjeździe wybieramy dość łatwy, szutrowo-kamienisty trawers – po tak długim podjeździe trochę to boli, ale musimy się zadowolić błotkiem i omijaniem kałuż. To znaczy na początku, bo po kilkuset metrach i paru incydentach kałowych (podczas mijania pastwisk) omijanie kałuż traci sens – stopy i inna strategiczna część ciała są już tak przemoczone, że można się oddać szczeniackiej radości łatwego zjazdu samym środkiem bagna ;)

Bilans dnia: 41 km, 1850 m przewyższenia, 10h na rowerze (od startu do mety – ze wszystkimi przerwami)


Dzień 2: Tux – Sterzing (Vipiteno)

Na drugi (i trzeci) dzień prognozy znów zapowiadają burze, ale budzi nas sucha pogoda i niebieskie prześwity na niebie. Wszyscy mają jednak w pamięci wczorajsze przemoknięcie, więc ciemne chmury działają na nas lepiej, niż zawodowy trener personalny. I całe szczęście, bo plan znów jest ambitny: tym razem nie jedna, a DWIE przełęcze, najwyższy (tytułowy) punkt trasy (Tuxer Joch – 2338 m n.p.m.), przekroczenie głównej grani Alp i… zmiana kraju.

Zdobywanie przełęczy bardzo ułatwia nam wyciąg, jeden z kilku na tej trasie, co jednak nie znaczy, że tego dnia czekały nas tylko zjazdy. Co to, to nie, wyciągi służyły temu, żeby zjazdów było jeszcze więcej, a do pokonania o własnych siłach i tak zostało nam tego dnia około 1300 metrów w pionie. Przy czym chyba najbardziej kąśliwy był podjazd od górnej stacji wyciągu (z genialnym widokiem na otwarty dla narciarzy lodowiec) na wspomnianą przełęcz, którą przemianowaliśmy na Twister Joch.

A to dlatego, że czekała nas nietypowa atrakcja: wysokogórski flowtrail. Coś, co wydaje się oksymoronem, okazało się świetnym szlakiem rowerowym – łatwym i płynnym, ale zdecydowanie nie nudnym, bo jadąc wysoko ponad linią drzew, pokonywanie coraz ostrzejszych zakrętów trzeba pogodzić z podziwianiem widoków. Mnie najbardziej zaskoczyło, że nie jest to trasa podpięta pod żaden bikepark czy wyciąg – zjeżdża w zupełnie inne miejsce, niż gondola, z której korzystaliśmy. Wygląda, jakby była zbudowana specjalnie dla osób takich jak my.

Po Tuxer Joch naszym celem pozostaje przebicie się przez główną grań Alp, a konkretnie przełęcz Brenner, znaną też jako Brennero, bo po drugiej stronie są już Włochy. Żeby w miarę sprawnie uporać się z tym zadaniem, wybieramy w większości drogi asfaltowe, choć po drodze zaliczamy jeszcze bonusowy odcinek specjalny, składający się z okrutnie męczącego podjazdu i totalnie wartego wysiłku zjazdu. Jego charakter jest zupełnie inny, niż na płynnym Twister Jochu – tu czujemy się zdecydowanie bardziej beskidzko, z technicznymi sekcjami po korzeniach i kamieniach przypominającymi bielskiego Dziabara czy Borsuka.

Po jego zjechaniu pozostaje nam tylko długa i – dzięki typowo włoskiej pogodzie – dość przyjemna dojazdówka do dzisiejszego celu: Sterzing, znanego też jako Vipiteno. Po drodze zaliczamy jeszcze postój w serwisie rowerowym, z dwoma dość poważnymi awariami, które kulminowały dosłownie chwilę wcześniej, jakby wyczuwając możliwość szybkiej naprawy. Miło z ich strony! Opijamy to wieczorem przy pierwszej (i zdecydowanie nie ostatniej…) włoskiej pizzy i gelato.

Bilans dnia: 58 km, 1300 m przewyższenia (nie licząc wyciągu), 10h na rowerze


Dzień 3: Sterzing – Schenna

Trzeciego dnia rano mijamy fabrykę kolei linowych Leitner (możecie kojarzyć je np. ze Szczyrku) i choć nie planujemy dziś korzystać z wyciągu, chyba działa incepcja, bo jednak nam się to udaje… Najpierw jednak czeka nas mozolny podjazd doliną Jaufental, zwieńczony przełęczą Jaufenpass (2094 m n.p.m.). Mozolny jest jednak tylko początek, bo pod koniec witają nas tak sielankowe widoki, że nawet podjeżdżanie staje się przyjemnością (choć przeglądając zdjęcia, doszedłem do wniosku, że zatrzymywanie się co chwilę na fotki też mogło pomóc).

Na przełęczy ładujemy stracone niebezpowrotnie kalorie i zaczynamy zjazd. I to jaki! Większość szlaku biegnie wzdłuż linii wysokiego napięcia, a to oznacza jedno: na krechę w dół! To znaczy byłoby na krechę, gdyby nie skały i nachylenie. Dlatego górna sekcja freeride (szeroka, dość stroma polana, na której linię można wybierać podobnie, jak na stoku narciarskim) szybko przeradza się w coraz bardziej techniczny singiel. Chyba wszyscy byli nim zachwyceni, bo zjazd poszedł wyjątkowo sprawnie.

Tak sprawnie, że zapadła decyzja o wydłużeniu dzisiejszej trasy kosztem planu na jutro – i tu wchodzi, cała na biało czerwono, wspomniana na wstępie  gondola, która podrzuca nas na TRAWERS. Trawers nad trawersami. Rewelacyjną, techniczną ścieżkę, która bardzo mocno przypomina mi nieco wypłaszczoną wersją Traila Dr. Wiessnera z Rychlebskich Ścieżek. A na deser – odcinek z imponującą panoramą otoczonego zachmurzonymi szczytami Merano. My jednak od dużych miast raczej stronimy, dlatego na nocleg zjeżdżamy prowadzącymi przez winnice ścieżkami do kameralnej miejscowości Schenna (Scena).

Bilans dnia: 60 km, 1640 m przewyższenia, 10:15h na rowerze


Dzień 4: Schenna – Kaltern (Caldaro)

Czwarty dzień zapowiadał się na chillout – od dziś do końca wyjazdu w prognozach było wyłącznie słońce, część dystansu pokonaliśmy już wczoraj, a do tego dzień zaczynał się od dłuuugiego wyciągu. No i cóż, muszę przyznać, że choć kolejne 9 godzin w siodle trudno nazwać „chilloutem”, to faktycznie nie było źle! ;) Korzystając z odrobiny luzu udało nam się nawet zrobić pozowaną lans-sesję zdjęciową (artykuł z rowerami uczestników lada moment pojawi się na blogu).

Do powyższej listy doszły jeszcze niesamowite widoki – cała dzisiejsza trasa prowadziła tak widokowym grzbietem, że w kilku miejscach można było odnieść wrażenie, że widzi się całe Alpy (choć tak naprawdę był to ich skromny wycinek). Jednym z takich miejsc było Stoanerne Mandln, jeden z najbardziej charakterystycznych punktów wyprawy, o nazwie wartej co najmniej 300 punktów w Scrabble.

Tym większy był szok, kiedy zjeżdżając coraz niżej i coraz bardziej na południe… zmieniła nam się strefa klimatyczna. Ostatni zjazd do Bolzano zdecydowanie bardziej niż Alpy, przypominał Finale Ligure czy Chorwację. Śródziemnomorskie upały, skalista nawierzchnia, gęste iglaste lasy, a do tego dźwięk cykad. Do tej pory nigdy nie byłem w tym rejonie i zaskoczyło mnie to nie mniej niż długi, wysysający resztki sił podjazd do ustronnego Kaltern (Caldaro – co oni z tymi podwójnymi nazwami?), po wcześniejszym szybkim zwiedzaniu wąskich uliczek pięknego, ale jak na nasze standardy zbyt tłocznego Bolzano.

Bilans dnia: 55 km, 1000 m przewyższenia, 9:30h na rowerze


Dzień 5: Kaltern – Mezzolombardo

Ten dzień z całej wyprawy zapamiętam najdłużej! Z co najmniej dwóch powodów. Przede wszystkim: WIDOKI. Wiem, wiem, w kółko piszę o widokach, co jest o tyle dziwne, że zazwyczaj stanowią one dla mnie maksymalnie o 20% atrakcyjności trasy, podczas gdy 80% to sama ścieżka. Ale kiedy na te 20% składa się Monte Roen, z punktem widokowym na szczycie pionowej, 1900-metrowej ściany, to po prostu siadam i patrzę, a cała reszta schodzi na dalszy plan…

Co oczywiście nie znaczy, że pozostałe 80% było słabe, oj nie! Prawdę mówiąc, było zarąbiste, zwłaszcza że pierwsze 800 metrów w pionie pokonaliśmy wyciągiem. Później wprawdzie czekał nas jeszcze jeden srogi wypych, ale jak pewnie się domyślasz – było warto. Roen ma 2116 m n.p.m. a dzień planowaliśmy zakończyć na 227 m n.p.m., co oznaczało solidną dawkę epickich singli i widokowych łączników. A na koniec: ciąg dalszy alpejskiej Ligurii, czyli wymagającego skalnego łomotu, który nie powinien być przyjemny, a jednak jest ;)

Choć może niekoniecznie dla sprzętu – tego dnia zaliczamy trzy awarie. Przez moją tracimy około godziny – trafiam na coś tak ostrego, że poza oponą i wkładką antydobiciową przebijam też… obręcz (serio). Myśląc, że to zwykły kapeć, podczas naprawy niszczę jeden (jedyny) wentyl, jedną (jedyną) dętkę i zużywam jeden (jedyny) nabój CO2, ostatecznie się poddając i zakładając pożyczoną dętkę. Cóż, zjazdy po kamcorach na ciśnieniu 2,4 bara  w tylnym kole też są ciekawe (jak kiedyś powiedział Sam Hill: „drifts all the time… and a little bit more”).

Ostatecznie w hotelu w Mezzolombardo meldujemy się po 11,5 godziny od wyruszenia z Kaltern. 11,5 godziny z dala od cywilizacji, w niesamowitych górach. Mimo godziny spędzonej na naprawianiu sprzętu (to znaczy, przez większość czasu na psuciu), ten dzień chyba zostanie moim „happy place”.

Bilans dnia: 49 km, 1400 m przewyższenia, 11:30h na rowerze


Dzień 6: Mezzolombardo – Riva del Garda

Tracking pokazuje mi, że ostatni dzień również zajął nam ponad 10 godzin, ale prawdę mówiąc, w ogóle tego nie zauważyłem. Tym razem zero awarii, piękna włoska pogoda, no i perspektywa kąpieli w Gardzie na zakończenie wyprawy – mógłbym tak jechać nawet dłużej!

Trasa ostatniego dnia składała się z trzech etapów. Pierwszym był dojazd do Andalo. Spodziewałem się, że to będzie typowy „odcinek komunikacyjny”, więc zabezpieczony łańcuchami trawers nad przepaścią pozytywnie mnie zaskoczył! W paru miejscach wprawdzie lepiej było zejść z roweru (tu nie było marginesu błędu!), ale było też sporo satysfakcjonującej, technicznej jazdy. Tu muszę zdradzić, że słowo „satysfakcjonujący” zawiera w sobie zakamuflowany pierwiastek słowa „męczący”, więc po zjeździe do Andalo pierwszym questem było znalezienie otwartej pizzerii, co w godzinach obiadowych we Włoszech graniczy z cudem. Aż nasuwają się słowa Obeliksa: „Ale głupi ci Rzymianie”.

Na szczęście wyciągi działają normalnie, więc po obiedzie przechodzimy do drugiego etapu, to znaczy zjazdu grzbietem Paganelli. Czeka nas na nim niezbyt techniczna jazda, ale za to z rewelacyjną panoramą skalistych szczytów Dolomiti Brenta, która wygląda jak wklejona w Photoshopie – zwłaszcza, że pasmo to leży z dala od tych właściwych Dolomitów. Kiedy jednak docieramy do Monte Ranzo, szczytu z którego pierwszy raz widzimy w oddali nasz cel, Gardę, charakter szlaku drastycznie się zmienia. Początkowo jest to jeszcze niewinny zjazd, pozwalający oswoić się ze spektaklem słońca i burzowych chmur nad okolicami Tremalzo. Potem jednak zaczyna się etap trzeci…

Etap trzeci, który bardzo dobitnie uzmysławia nam, jak blisko Gardy jesteśmy. Skalisty szlak byłby sporym wyzwaniem nawet na sucho, a z powodu dużej zawartości wapienia, po lekkim deszczyku zmienia się w jedną wielką płytę poślizgową. Ale po sześciu dniach jazdy w skrajnie zróżnicowanych warunkach, zjazd idzie nam zaskakująco sprawnie – niektórzy wręcz odnajdują tu flow, którego brakowało im wcześniej. Może to głupie, ale chyba poczucie, że kolejnego dnia nie trzeba już jechać dalej, odblokowuje jakąś klapkę w mózgu. Szczęśliwie jednak do miejscowości Sarche wszyscy docierają z kompletnym uzębieniem. Stąd już „tylko” kilkanaście kilometrów ścieżką rowerową nad Gardę (tabliczki odliczające kilometry dodatkowo budują napięcie i motywują) i… koniec. A właściwie to nie, bo transalp można uznać za ukończony dopiero po odbyciu obowiązkowej kąpieli w jeziorze ;)

Bilans dnia: 77 km, 1500 m przewyższenia, 10,5h na rowerze

Bilans całkowity wyjazdu: 340 km, 8700 m przewyższenia, 62h na rowerze


Jakie mam wnioski po drugim transalpie?

Można przespać pół roku i nie umrzeć

Przed pierwszym transalpem bardzo się stresowałem swoją formą, bo pojęcie „treningu” jest mi raczej obce (ewentualnie w formie dla nietrenujących). Ostatecznie jednak trochę kilometrów wyjeżdżonych na zwykłych wycieczkach okazało się wtedy wystarczające. W tym roku przez kolegę covida przeniosłem „stawianie na świeżość” na wyższy poziom, bo przez całą zimę i wiosnę praktycznie nie jeździłem… Planowałem nawet pojechać na elektryku, ale ostatecznie wybrałem biobike’a (więcej o tym wyborze napiszę w artykule o rowerach uczestników) i zacząłem się modlić do świętej Reginy, patronki epidemii, o szczęśliwe dojechanie do mety. I dojechałem, nawet bez spowalniania grupy, potwierdzając to, że na transalpie psychika silna jak u Jarosława Psikuty stanowi połowę sukcesu, a kolejne +10 do kondycji dają niesamowite widoki, szlaki i poczucie ciągłości trasy. Choć prawdę mówiąc, raczej nie polecam takiego podejścia, bo…

Transalp MTB Tuxerjoch Route

Transalp to jednak wyprawa, nie wycieczka

Choć chciałbym, to nie mogę powiedzieć, że przejechałem całość na luzie. Pierwsze 2-3 dni żałowałem, że e-bike stoi w domu, prawe kolano musiałem codziennie ratować maścią, w ruch poszedł też Sudocrem… Niezbędne było też regularne rozciąganie. Wspomniana ciągłość trasy i długie codzienne dystanse powodują, że to jednak nie jest zwykła wycieczka, na której ciągle jesteś w promieniu kilkunastu kilometrów od samochodu, i którą możesz przerwać lub skrócić w niemal dowolnym momencie. To właśnie jest istotą transalpu: jest ciężko, ale jest pięknie i epicko. W takich okolicznościach warto się męczyć! Zwłaszcza że rzeczy, na które się solidnie zapracowało, docenia się podwójnie.

Transalp MTB Tuxerjoch Route

…Ale bardzo wyluzowana wyprawa

Co oczywiście nie znaczy, że na transalpie czujesz się jak na wczasach z biurem podróży, w ciągłym pośpiechu i niemal wojskowej dyscyplinie – wciąż pozostaje mnóstwo luzu na jazdę własnym tempem i podziwianie widoków. W trakcie tegorocznej wyprawy zdarzyło nam się też przez godzinę drzemać pod sosnami, czy przez kolejną wpatrywać się w panoramę Dolomitów z krawędzi 1900-metrowej pionowej skały. Są to bardzo, bardzo aktywne wakacje, ale jednak zdecydowanie wakacje!

Transalp MTB Tuxerjoch Route

Lepiej przygotuj się na szutry i asfalty

Ten punkt jest trochę mało marketingowy, bo szutrów i asfaltów na zdjęciach jest mało, a w realu dużo. Żeby przejechać Alpy, trzeba się sprawnie przemieszczać, więc na podjazdach i odcinkach łącznikowych często korzysta się z dróg nie kojarzących się z enduro – dzięki temu więcej czasu i sił zostaje na syte zjazdy. Podczas wyprawy staje się to całkowicie zrozumiałe, ale warto wcześniej mieć tego świadomość i nie spodziewać się jazdy 6 dni non-stop po pięknych singlowych trawersach.

Transalp MTB Tuxerjoch Route

Nagrodą jest różnorodność szlaków

Transalp dosłownie i w przenośni jest przekrojem przez Alpy. Zauważyłem to zwłaszcza teraz, na Tuxerjoch Route – trasie, która oferuje różnorodność szlaków, jakiej nie objąłby żaden wyjazd stacjonarny. Od typowych wysokogórskich singli, przez flowtraile, „beskidzkie” lasy, „liguryjskie” skały, aż po gardziański łomot, którego nie da się sklasyfikować w żaden inny sposób. Jeśli nie lubisz monotonii i na zjazdach chcesz sprawdzić swoje umiejętności w sposób przekrojowy i kompletny, polecam tę trasę!

Dobrze jednak, żebyś miał co sprawdzać – duża różnorodność wymaga szerokiego zakresu skilla i zachowania pewnego respektu. Zaznaczam to, bo choć oglądając zdjęcia w relacji łatwo się podjarać, to przed decyzją o wyjeździe trzeba na chłodno ocenić swoje umiejętności i doświadczenie. Tutaj zajawka może nie wystarczyć, potrzebne jest też obycie z prawdziwymi górskimi szlakami (a w przypadku oficjalnych miejscówek – trasami czerwonymi i czarnymi, jak bielski Dziabar czy Borsuk).

Transalp MTB Tuxerjoch Route

Dobry przewodnik to istotna część transalpu

Po poprzednim wyjeździe zastanawiałem się, czy za drugim i kolejnym razem nie warto byłoby zorganizować takiej wyprawy samodzielnie – nawet jeśli nie dla niższego kosztu, to ze względu na jazdę własną paczką. Ale po drugim podejściu do wariantu zorganizowanego, podoba mi się on coraz bardziej – jednak wysoko cenię sobie możliwość opróżnienia głowy ze spraw przyziemnych, takich jak planowanie trasy czy szukanie noclegów. No i jak podjazd strasznie się dłuży, to przynajmniej jest na kogo zwalić!

Transalp MTB Tuxerjoch Route

A co z koronawirusem?

Na transalp pojechałem z założeniem, że zaraz po powrocie zrobię test. Ciągle jednak to odwlekam, bo w Austrii i Włoszech czułem się bezpieczniej, niż w Polsce… Zwłaszcza po Włochach widać, jak mocno dotknęła ich pandemia… Zupełnie jak nie Włosi, stosują się do obostrzeń, noszą maseczki, a stacje do dezynfekcji rąk są na każdym kroku. Dotyczy to oczywiście noclegów i restauracji, bo przez zdecydowaną większość dnia (w górach) ryzyko zakażenia jest w zasadzie zerowe… Zdecydowanie nie namawiam do ignorowania zagrożenia, które jest jak najbardziej realne (nawet jeśli nie dla Ciebie, to np. dla Twoich rodziców). Ale warto mieć tę pozytywną świadomość, że przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa i odrobinie dyscypliny (idealnie byłoby wyeliminować jedzenie w knajpach), spędzenie tegorocznych wakacji w Alpach jest realne.


Transalp Tuxerjoch Route – podsumowanie

Trudno podsumować wyjazd, którego najchętniej bym nie podsumowywał, tylko jechał dalej… No ale siedzę już od kilku tygodni w domu i próbuję dostosować się do codziennej rzeczywistości. Bo chyba żaden wyjazd nie wyrywa z niej tak skutecznie, jak transalp. Codziennie 10 godzin na rowerze, potem szybkie 3xP (prysznic, pizza, piwo) i spanie… Rano śniadanie, pakowanie plecaka i znów jesteś w siodle, zastanawiając się, jakie szlaki Cię dzisiaj czekają. I tak codziennie, przez 6-7 dni z rzędu. Choć stanowi to spore wyzwanie dla ciała, to dla głowy jest to resetem całkowitym, tym bardziej po korona-wiośnie. Jeśli tęsknisz za takim prawdziwym, romantycznym enduro i czujesz, że jest to wyzwanie na miarę Twoich możliwości, polecam sprawdzić dostępność terminów!


Sprawdź trasy i terminy wyjazdów na stronie Transalp.pl / Zobacz relacje z bieżących transalpów na Facebooku organizatora



Zobacz też:


PS. W sklepiku pojawił się nowy wzór jerseya – tym razem dostępny również w wersji z krótkim rękawem. Polecam! ;)

 

Subscribe
Powiadom o
guest
79 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Rafał
Rafał
3 miesięcy temu

Piękna i rzeczowa relacjaDziękuję i gratuluję❗

Sewer
Sewer
3 miesięcy temu

Taka wyprawa to moje marzenie – zaraz po megaavalanche :D :D Tyle, że mam juz ponad 40 lat i nie wiem czy dałbym rade tak z łydy pojechać…

Jacek
Jacek
3 miesięcy temu
Reply to  Sewer

Ja mam 47 i w przyszłym roku chętnie bym to przejechał – może razem?

Jacek
Jacek
3 miesięcy temu
Reply to  Jacek

To jest mój plan na za rok lub dwa https://www.youtube.com/watch?v=6YB5WL0J-sI
ale może Transalp byłby na dzień dobry lepszym rozwiązaniem

Daria
Daria
3 miesięcy temu
Reply to  Sewer

Robiłam tym roku Como Route (najłatwiejszy transalp) i spośród 12 uczestników ośmiu było 40+ :)

Maciek
Maciek
3 miesięcy temu
Reply to  Sewer

Weź przestan mam 45, na rowerze jeżdżę od 4 sezonów i nie mam najmniejszego problemu objechać znacznie młodszych – ale ja się lubię zmęczyć. A tak na poważnie, to najtrudniej się buduje formę na początku sezonu – trzeba zacisnąć zęby i tyle. Ale 2 – 3 tygodnie ostrzejszego trenowania i jest już dobrze. Szczęściem w nieszczęściu klimatycznego krachu jest fakt, ze sezon jest na długi – Na przełomie 2019/2020 w Beskidach praktycznie nie można było jeździć w tylko lutym i pierwszej połowie marca. Na formę podjazdowa (i zjazdowa) jest jedna recepta – jezdzic jezdzic jezdzic. Nie czekać na dobre warunki, słoneczna pogodę, cały dzień wolny. 45 min wystarczy do zrobienia np. interwałów. Polecam tez jakiś zegarek treningowy z pomiarem tętna – pomaga powściągnąć fantazje i oszczędzać siły.

Last edited 3 miesięcy temu by Maciek
Jacek
Jacek
3 miesięcy temu
Reply to  Sewer

No to jeżeli jest ktoś chętny to możemy się wymienić kontaktami i na wiosnę się zobaczy

Mateusz
Mateusz
3 miesięcy temu

Super się czytało, świetny wpis!

Karol
Karol
3 miesięcy temu

Co do picia wody z kraników i miejskich źródełek z wodą pitna, jest to odradzane (szczególnie przez miejscowych) w lecie w czasie wypasu zwierząt głównie z powodów „kałowych” – odchodów zwierząt. Efekt u osób które uzupełniały bidony wodą ze źródełka w zeszłym tygodniu był przeczyszczający

Tomek Pawłusiewicz | Transalp.pl
Reply to  Karol

Te uliczne źródełka, które w Alpach są na każdym kroku, w każdej wiosce, to studnie artezyjskie z wodą oligoceńską. To bardzo dobra woda, nadająca się do picia – co sam mogę potwierdzić, bo jeżdżę po Alpach od 15 lat (w tym jedenasty sezon jako przewodnik) i od początku piję taką wodę i zachęcam do tego samego uczestników i jeszcze nigdy nikt z nas nie miał z tego powodu problemów żołądkowych.
Co więcej, w Alpach można bez obaw pić wodę także z górskich strumyków (im mniejszy strumyk, tym lepiej), przy czym tutaj oczywiście masz rację – na pewno nie dotyczy to miejsc bezpośrednio powyżej których znajduje się pastwisko.

Karol
Karol
3 miesięcy temu

O, dzięki za informację bo zastanawialiśmy skąd się bierze ta woda.
Może dlatego tak się stało bo to były francuskie alpy :D
W każdym razie postanowiliśmy już nie ryzykować i kupowaliśmy wodę w butelkach :)

wujekeman
wujekeman
2 miesięcy temu
Reply to  Karol

Coś w tym jest , ja raz na Megavalanche napiłem się wody ze strumyka i następny dzień pauza na klopie ;)

Paweł
Paweł
3 miesięcy temu

Dzięki za relacje! A jak wygląda nocowanie rowerów? Gdzie je trzymaliście na noc?

Magda
Magda
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

Albo magazynek przy hotelowej restauracji, w którym oprócz rowerów przechowywane są puszki z fasolą i Aperol :P W każdym razie, wiadomo było, że rowery są bezpieczne.

Magda
Magda
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

To chyba najpiękniejsze zdjęcie-pamiątka z tej epickiej wyprawy po górach :P

Tomek Pawłusiewicz
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

Z ciekawszych miejsc do schowania rowerów, było jeszcze takie :)

IMG-20200915-WA0002.jpg
Rysio
Rysio
3 miesięcy temu
Reply to  Paweł

Jeszcze trzymaliśmy raz rowery w jakimś magazynie z winem i ogórkami konserwowymi

Paweł
Paweł
3 miesięcy temu
Reply to  Rysio

A jak z winem to zacnie :)

Wojtek
Wojtek
3 miesięcy temu

Jak wyglądała sprawa „wyższej średniej prędkości„ e-bike na tradycyjnym rowerem? Długo na was musieli czekać na szczycie? Jak z zasięgiem baterii? Dziennie wykorzystywali pojemność baterii w 100%?

Konrad
Konrad
3 miesięcy temu

Jechał ktoś na sztywniaku?

Wojciechu
Wojciechu
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

Parę tygodni??////?? Miej litość, nie ma co czytać w internetach, biała ruś, LPG, korona świrus … :)

Pozdrawiam!

Marek
Marek
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

Czekam niecierpliwie. To daje obraz na czym się tam wybrać choć zdaję sobie sprawę, że rower to, delikatnie mówiąc, nie wszystko ale bez roweru to…

Grg
Grg
3 miesięcy temu

Jechałbym! Piękna rzecz, zazdro!

Grzegorz
Grzegorz
3 miesięcy temu

Piękne zdjęcia jak zwykle :-) Jaki aparat używasz?
Zachęcają do takiej wyprawy.

Hubert
Hubert
3 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

W jakim programie obrabiasz zdjęcia? :)

Paweł
Paweł
2 miesięcy temu

Miałem być w tych okolicach co prawda chodząc po górach pieszo , ale rower tam jak widać potencjał jest całkiem spory choć zakazów coraz więcej. Tak się zastanawiam skoro bez auta to nie lepiej było spać gdzieś wyżej nie zjeżdżając do miasteczek do cywilizacji , sporo tam schronisk , czy darmowych schronów ewentualnie sprzęt biwakowy mieć ze sobą . Jednak to chyba minus jak ktoś za Ciebie podsuwa gotowy projekt , brak niezależności i spontanicznej zmiany planów.

Magda
Magda
2 miesięcy temu
Reply to  Paweł

Coś za coś. Na transalp jedziesz wtedy, kiedy nie chcesz sam mieć głowy zawalonej planowaniem i ogarnianiem. Poza tym, jak wspominał Michał, na transalpie plan jest raczej luźny i modyfikowany w trakcie.

Paweł
Paweł
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

Mając ubezpieczanie OEAV czy DAV zniżki za noclego wynoszą 50 % i nocleg w schronisku wynosi 15EUR choć wyżywienie jest bez wątpienia znacznie droższe. Śpiąc nieco wyżej jest możliwość wejścia na interesujący szczyt , szczególnie że na rowerze te najbardziej widokowe miejsca się omija. Poranna kawa i wieczorne piwo zdala od huku motorów i aut mają swój niepowtarzalny klimat i po męczącym dniu wygody nie mają tak dużego znaczenia. Z drugiej strony wożąc cały dobytek ze sobą to można się wypalić a znalezienie noclegu w schronisku z tak dużą grupą to marne szanse
( Spałem z przyczyn ode mnie niezależnych na dole w Sterzing i hałas do północy mocno odczuwalny ).
Generalnie fajny rejon w tym południowym Tyrolu , i po zdjęciach widzę że brak tych cholernych zakazów jazdy rowerem co w Austrii coraz bardziej jest rozpowszechnione.

Banka123
Banka123
2 miesięcy temu
Reply to  Paweł

Dodam jeszcze, że czasami spanie w schroniskach na dużej wysokości nie jest łatwe. Brak aklimatyzacji, ciężko zasnąć, budzisz się zmęczony i niewyspany i generalnie „nie do jeżdżenia” :)

Paweł
Paweł
2 miesięcy temu
Reply to  Banka123

To nie są takie wysokości raczej nie przekraczają 3000m więc kto choć trochę czasu spędza nieco wyżej problemów nie będzie mieć . Jednak to nie Capanna Margherita

Banka123
Banka123
2 miesięcy temu
Reply to  Paweł

Ja miałem, więc piszę :)

Tomek Pawłusiewicz | Transalp.pl
Reply to  Paweł

Kiedyś nocowaliśmy w schronisku Stettiner Hütte na 2895m n.p.m. i to pewnie ten nocleg ma na myśli Grzesiek (Banka123). Tak bezpośrednio ta wysokość odczuwalna niby nie była, ale jednak rano chyba nikt z nas nie obudził się wypoczęty…

Kacper
Kacper
2 miesięcy temu

Czy weźmiesz udział w Dukielskiej Wyrypie w Beskidzie Niskim ? Będą to pierwsze takie zawody enduro w tametj okolicy.

Magda
Magda
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

Ale to są zawody na orientację! No weź, chodź!

Lazy Wheel
Lazy Wheel
2 miesięcy temu

Michał, to już Twój drugi transalp, a ani razu nie wspomniałeś o żadnej glebie wśród uczestników. Nie chcesz straszyć, czy uczestnicy dużo więcej odpuszczają i częściej schodzą z roweru? Jedzie się ostrożniej, żeby nie kusić losu? Zgaduje, że to co jest wyzwaniem na zwykłym wypadzie, gdzie pod nosem masz zaparkowane auto, w Alpach może urosnąć do przeszkody ponad siły, bo ryzykuje się dużo więcej. Jedna zła decyzja może zakończyć przed wcześnie wyjazd. Do tego jedzie się na ciężko i nawarstwiajace się zmęczenie nie pomaga. Jakie są Twoje odczucia? Słyszałeś o poważnych wypadkach? Często zdarza się, że ktoś rezygnuje i wraca do domu po 2-3 dniach?

Last edited 2 miesięcy temu by Lazy Wheel
Banka123
Banka123
2 miesięcy temu
Reply to  Lazy Wheel

Z perspektywy kilku transalpów, głównie z Tomkiem, ale nie tylko – takie sytuacje się zdarzają. I uczestnik w ten czy inny sposób, musi wrócić sam do pozostawionego auta, a później do Polski. Tomek pomaga jak może w organizacji tego powrotu, ale większość odpowiedzialności zostaje po stronie uczestnika.
Zdarzał się powrót o własny siłach dolinami, pociągami a i transportem medycznym do Polski.

Bart
Bart
2 miesięcy temu
Reply to  Banka123

Trochę słabe to rozwiązanie na płatnym, zorganizowanym wyjeździe…

Tomek Pawłusiewicz | Transalp.pl
Reply to  Bart

W każdej z takich sytuacji staram się pomóc kontuzjowanemu uczestnikowi jak tylko mogę, bo doskonale rozumiem, że to jest właśnie ten moment kiedy mnie najbardziej potrzebuje. Konkretnie: jeśli jest taka potrzeba – jadę z nim do szpitala, na oddział ratunkowy, pomagam się dogadać (oprócz angielskiego mówię płynnie po niemiecku, trochę także po włosku i hiszpańsku). Jeśli delikwent nie może kontynuować jazdy, to pomagam zorganizować powrót – podpowiadam którędy, jakim środkiem komunikacji (najlepiej pociąg lub autobus, żeby uniknąć kosztów związanych z dłuższą podróżą taksówką), sprawdzam połączenia, godziny, wskazuję jak dojechać na dworzec… Jeśli musi gdzieś przenocować – rezerwuję dla niego hotel. W jednym przypadku dziewczyna, która skręciła kostkę miała ubezpieczenie, w ramach którego mogła skorzystać z transportu medycznego – następnego dnia przyjechała po nią z Polski karetka i zabrała do domu.
Towarzyszyć takiej poszkodowanej osobie jednak nie mogę, bo oprócz niej, w grupie jest przecież jeszcze 10 innych osób, które chciałyby kontynuować wyprawę…

Tomek Pawłusiewicz | Transalp.pl

Trochę podobna sytuacja jest gdy ktoś ma awarię sprzętu – jeśli jest to coś, czego nie da się naprawić na szlaku, to szukamy serwisu (gdzie trzeba uprosić/wynegocjować żeby zajęli się problemem od razu, na poczekaniu). A jeśli jest to grubsza awaria (a zdarzały nam się na wyprawach nawet pęknięcia ramy), to najlepszym rozwiązaniem, by móc kontynuować wyprawę jest wypożyczenie roweru – znalezienie serwisu czy wypożyczalni to również moje zadanie.

Tomek Pawłusiewicz | Transalp.pl
Reply to  Lazy Wheel

> „Często zdarza się, że ktoś rezygnuje i wraca do domu po 2-3 dniach?”
Nie często, ale się zdarza. Jeśli jest to jakaś grubsza kontuzja, wykluczająca z dalszej jazdy, no to nie ma wyjścia. Ale jeśli jest to coś mniej poważnego, to może wystarczyć odpuszczenie jednego etapu i odpoczęcie. Zależnie od układu terenu może to oznaczać dojechanie do celu etapu nie przez przełęcz, lecz naokoło, dnami dolin – na rowerze, albo pociągiem czy autobusem. Jeśli się tak nie da – to taksówką (czy jeszcze jakoś inaczej, w zależności od sytuacji i miejsca).

Jeśli problemem jest to, że ktoś przeliczył się z własnymi siłami i nie daje rady kondycyjnie, to rozwiązanie jest dosyć proste – wypożyczenie elektryka :) (na szczęście w Alpach nie trudno go znaleźć)

A jeśli problemem jest to, że ktoś nie radzi sobie na zjazdach, bo przecenił swoją technikę, to żeby nie musiał wszędzie sprowadzać (a przez to spowalniać grupę), to tam gdzie się da, podpowiadam takiej osobie inne, łatwiejsze warianty zjazdu (bo czasem jest tak, że zjeżdżamy trudnym technicznie szlakiem, a gdzieś obok jest szutrówka lub asfalt – i wtedy spotykamy się w umówionym, jakimś charakterystycznym i łatwym do znalezienia miejscu, np. przy kościele we wiosce na końcu zjazdu).

Aczkolwiek takie sytuacje (że ktoś sobie nie radzi na zjazdach) staram się wyeliminować już na wstępie, na etapie zgłoszenia, w taki sposób, że każdą nową zgłaszającą się osobę proszę, by opisała mi swoje doświadczenie i umiejętności jazdy w trudniejszym terenie. I jak widzę, że ktoś nie ma takiego doświadczenia, to doradzam, żeby najpierw pojeździł po górach, spróbował jak się czuje, jak sobie radzi np. na czerwonych i czarnych trasach w Bielsku („Dziabar prawdę Ci powie” ;) albo doradzam udział w szkoleniach techniki jazdy.

Last edited 2 miesięcy temu by Tomek Pawłusiewicz | Transalp.pl
WOJTEK_70
WOJTEK_70
2 miesięcy temu

Piękne wakacje, świetne zdjęcia i jak zwykle super relacja ! Nic tylko pozazdrościć i zbierać kasę na wyjazd ! Wszystko jeszcze przede mną. Ale ja mam pytanie z innej beczki. Też jeżdżę na spetralu i zauważyłem na zdjęciach, że masz jakiś „sprytny” uchwyt na bidon (duży) czy mógłbyś napisać co to jest ?

Vincent
Vincent
2 miesięcy temu

Michale, wspominasz, że Twój plecak w tym roku ważył 6,3 kg. Skąd tak spektakularnie niski wynik??? Jechałem transalp w zeszłym roku i miałem 8 kg. Mimo kilku wariantów za chińskiego boga nie chciało być mniej. Z czego, w porównaniu do poprzedniego Twojego transalpu rezygnowales?

Vincent
Vincent
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

Hmmm…u mnie najcięższa była właśnie kurtka ok 800 g – trekingowa. Miałem też 2xspodenki na szelki z pampersem. Do takich się przyzwyczaiłem ;-). Może przy pralni w każdym miejscu noclegowym wystarcza jedne?

Vincent
Vincent
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

…no proszę jaka zmyłka z tą pralnią :-))). Czyli trzeba „zbijać wagę” gdzie indziej.

Vincent
Vincent
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

To prawda, niekiedy koszt jest symboliczny. Jedno z prań kosztowało nas 0,5 euro na głowę.

Tomek Pawłusiewicz | Transalp.pl
Reply to  Vincent

800g to bardzo dużo jak na kurtkę, bo jest dużo takich, które ważą poniżej 400g. Więc tutaj jest spore pole do urwania wagi (przy okazji zwolni się też sporo miejsca objętościowo).
Natomiast na drugich spodenkach z pampersem bym nie oszczędzał – jest to kluczowy element wyposażenia, a wagi aż tak dużo na tym nie zaoszczędzisz. Bo jeśli np. w nocy pada i jest duża wilgotność powietrza, to pranie słabiej schnie i rano gacie mogą być jeszcze wilgotne. I nie ma tu większego znaczenia czy prała pralka, czy robiłeś to ręcznie (bo wtedy się zawija w ręcznik i wykręca w ręczniku – rezultat jest kto wie czy nawet nie lepszy niż po odwirowaniu w pralce).

Vincent
Vincent
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

Napiszesz może coś na temat tej wypaśnej kurtki?

Kamil
Kamil
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

W decathlonie jest kurtka z membrana 10000mm wazaca 230g za 299zl.

wujekeman
wujekeman
2 miesięcy temu
Reply to  Kamil

40000 oddychalność / 20000 wodoodpornosc to raczej prawidłowy poziom, a są i lepsze….

Ewa
Ewa
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

Mógłbyś może zrobić wpis z listą rzeczy, które zabrałaś że sobą wraz z info czemu akurat te i czy to był dobry wybór, ewentualnie co byś zmienił? Wiem, że napisałeś już taki artykuł po poprzednim transalpie, ale zakładam że teraz nie spakowałeś się dokładnie tak samo. A takie opinie są bardzo pomocne.

Tomek Pawłusiewicz
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

Wobec propozycji niezabierania ciepłych rzeczy muszę zaprotestować :) Podczas lipcowej wyprawy mieliśmy bardzo dobrą pogodę (podobnie jak na Twoim pierwszym transalpie 2 lata temu), jednak nie zawsze tak musi być. Po przejściu frontu chłodnego, w górach potrafi być naprawdę rześko i wtedy cieszysz się, że jednak masz wszystkie te niepotrzebne rzeczy, które kazał zabrać przewodnik ;)
Przy czym, jako warstwę docieplającą, zamiast grubszej bluzy polecam raczej bieliznę termoaktywną (syntetyczną lub z wełny merino).

Tomek Pawłusiewicz
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

A, no to jeśli jest ciepły base layer, to grubszą bluzę faktycznie można wyrzucić

Maciek
Maciek
2 miesięcy temu

Świetnie sie to czyta!! Gratuluję wyjazdu i bloga!

elKaziorro
elKaziorro
2 miesięcy temu

Super się czytało, a chyba jeszcze przyjemniej oglądało.
Dzięki Tobie już wiem jaki prezent sprawię sobie na przyszłoroczną czterdziestkę :)

Robert
Robert
2 miesięcy temu

Super wyprawa, świetny opis i zdjęcia.
Przy okazji kilka pytań. Marzy mi się taka wyprawa ale o ile mięśnie dadzą radę, to kolana i kręgosłup już nie. Dłużej niż 5-6 godzin na rowerze nie dam rady. A tu trzeba 9-10 godzin poginać. Są jakieś mniej wymagające warianty transalp? Ewentualnie co stosować na bolące kolana? Jeśli chodzi o ekwipunek to czy zabieracie buty z goretexem czy nakładki przeciwdeszczowe? Jakie zabieracie kurtki, bo widzę na jednym zdjęciu, że założony jest kaptur na kask a przeważnie jednak kaptury na kask nie mieszczą się. Rękawiczki zwykłe czy też przeciwdeszczowe? Dzięki i pozdrawiam

Robert
Robert
2 miesięcy temu
Reply to  Michał Lalik

Michał, dzięki za wysiłek i poświęcony czas.
Nawet nie wiedziałem, że są skarpetki wodoodporne. A kurtki mam oczywiście nierowerowe. czas na nowy zakup;)
Przy okazji. Dobrze, że są tacy goście jak Ty. Dzielący się swoją wiedzą i to w sposób tak profesjonalny. Szacuneczek.
Po Twoich wpisach marzy mi się transalp. Póki co kupiłem speca turbo levo w tym kierunku ale o ile dobrze mi się nim jeździ po singlach to wyprawy dłuższe, kilkugodzinne masakrują mi układ kostno-stawowy. Nie wiem czy to kwestia złego ułożenia ciała, siodełka?

Odwiedź mój profil na
Instagram Top