Bikeporn: Rose The Tusker

Prezentacje, Sprzęt, Testy / 

Poprzednia zima upłynęła mi pod znakiem zakochania w fatach. Choć w tym roku kulam się na „plusach”, ciągle tęsknię za tłuszczakiem, który dał mi najwięcej śnieżno-błotnej frajdy: Rose The Tusker. Wygrzebałem więc z czeluści dysku kilka zdjęć tej nietypowej porno-modelki.


Rower został mi wypożyczony przez Rose Bikes Polska


Rose The Tusker - fatbike

Nie jeździłem na wielu fatach. Nie znam się na standardach ich piast i suportów, nie wiem, które opony są najlepsze. Nawet nie jestem w stanie ocenić, jaka geometria najlepiej współgra z potężnymi kołami.

Rose The Tusker - fatbike

I szczerze mówiąc, jest to jedna z rzeczy, które przyciągają mnie do grubasów. Im mniej o nich wiem, tym więcej frajdy czerpię z jazdy.

Rose The Tusker - fatbike

Te rowery są tak zdominowane przez wielkość opon, że inne kwestie schodzą na dalszy plan i są po prostu dostosowane do przeznaczenia danego roweru.

Rose The Tusker - fatbike

Na przykład „mój” Tusker reprezentuje wielozadaniowe tłuszcze lekkostrawne. Od seryjnego Tuskera 1 różnią go dwa dodatki w wyposażeniu.

Rose The Tusker - fatbike - Rock Shox Bluto

Kluczowym elementem jego wszechstronnego wyposażenia jest amortyzator: Rock Shox Bluto to stosunkowo nowy wynalazek w świecie fatów, który znacząco zwiększa całoroczne możliwości na górskich szlakach. Oferuje zawrotne 80 mm skoku i dość proste tłumiki, jednak więcej nie potrzeba – i tak większość nierówności pochłaniają opony. Ważniejsza jest tutaj prostota i odporność na niskie temperatury – po 4 godzinach jazdy na dachu auta przy -15ºC, amortyzator dalej działał.

Rose The Tusker - fatbike - manetki

Gdybyś był tym rozczarowany, zawsze możesz zablokować go ręcznie. Blokada w widelcu o skoku 80 mm? Z manetką? W facie? #najbardziejniepotrzebnygadżetroku

Rose The Tusker - fatbike - Rock Shox Bluto

Trochę tylko dziwnie wyglądają w facie cienkie golenie 32 mm – Bluto jest rozciągniętą wersją Revelationa.

Rose The Tusker - fatbike - Ergon SRX30, Rock Shox Reverb

Drugim elementem znacznie poprawiającym uniwersalność Tuskera, a dodanym w testowanej przeze mnie konfiguracji, jest sztyca regulowana Rock Shox Reverb Stealth o skoku 125 mm. Niestety, mimo schowania przewodu w ramie, niskie temperatury znosi trochę gorzej od Bluto.

Rose The Tusker - fatbike - siodło Ergon SRX30

Reszta kokpitu to elementy dobierane „do smaku” przy zamawianiu roweru – o konfiguratorze Rose Bikes pisałem już przy okazji bikeporna i testu Uncle Jimbo. W przypadku siodła, domyślny wybór to bardzo wygodny Ergon SRX-30.

Rose The Tusker - fatbike - manetka SRAM GX

Od Ergona pochodzą też chwyty GA30, które bardzo polubiłem w Canyonie Strive. Spisują się nieźle, nawet przy grubych zimowych rękawiczkach.

Rose The Tusker - fatbike - Race Face Ride

Żadnych zastrzeżeń nie można mieć do mostka i kierownicy – konfigurując swój rower, masz do wyboru m.in. kilka modeli Race Face. Tutaj padło na podstawowy: Ride. Standard mocowania 35 mm, przy ramie i kołach Tuskera wygląda… adekwatnie.

Rose The Tusker - fatbike - Shimano Deore klamka

Kierownica ma 780 mm szerokości i mały wznios, co idealnie sprawdza się w kontrolowaniu potężnego koła.

Rose The Tusker - fatbike - SRAM GX 1x11

Z kolei napędzanie tylnego, umożliwia napęd 1×11 SRAM GX. Klasyka, choć w grubasach rzadko spotykana.

Rose The Tusker - fatbike - SRAM GX crankset 30T

Niektórzy producenci starają się upychać do fatów przednią przerzutkę, ale moim zdaniem, jednorzędowa korba z jak najmniejszą zębatką, to jedyne słuszne rozwiązanie. Sugeruję dopłacić za model spiderless, umożliwiający zejście poniżej 30 zębów.

Rose The Tusker - fatbike - Shimano Deore brake

Za spowalnianie odpowiadają tu głównie… opory toczenia w połączeniu z miękką (zazwyczaj) nawierzchnią, ale gdybyś potrzebował czegoś więcej, do dyspozycji masz niezawodne Shimano Deore.

Rose The Tusker - fatbike - tarcza 180 mm

Dzięki tarczom 180 mm i genialnej trakcji opon, działają bez zarzutu. Choć nie wiem, czy coś od SRAM-a nie byłoby bezpieczniejszym wyborem, ze względu na wyższą odporność płynu hamulcowego DOT na mróz?

Rose The Tusker - fatbike - Schwalbe Jumbo Jim 26x4.0

A propos genialnej trakcji, przejdźmy w końcu do tego, co w facie najważniejsze: do opon! Schwalbe Jumbo Jim to wśród fatów klasa ultra-lekka, zwłaszcza w zastosowanym tu „wąskim” rozmiarze 26×4.0″.

Rose The Tusker - fatbike - Schwalbe Jumbo Jim 4.0

Okolice 1100 g robią wrażenie. Niestety sporo dodają dętki – fachowa konwersja tubeless to najlepszy tuning dla każdego grubasa (uwaga: nie dotyczy ludzi!).

Rose The Tusker - fatbike - Schwalbe Jumbo Jim 4.0

Pewnym utrudnieniem są dziurawe obręcze o „skromnej” szerokości 80 mm, ale jest to do przeskoczenia.

Rose The Tusker - fatbike - piasta

Koła kręcą się na piastach w rozmiarze 150×15 mm z przodu i 170×12 mm z tyłu – to tak w ramach ciekawostki („cmoknij mnie, Boost!”). Najważniejsze, że obie mają sztywne osie – w fatbike’ach nie jest to takie oczywiste.

Rose The Tusker - fatbike - adjustable dropout

To nie jedyny nowoczesny element w tylnej części Tuskera. Nietypowym rozwiązaniem są regulowane haki, pozwalające wydłużyć chainstay’a o 15 mm, zależnie od planowanego zastosowania. W drodze na biegun, stabilne trzymanie kierunku i przewidywalność poślizgów, na liście priorytetów lądują wyżej od epickich manuali.

Rose The Tusker - fatbike - rama

Moim ulubionym elementem jest jednak genialny węzeł (tak, to dobre słowo) tylnego trójkąta z rurą górną i podsiodłową. Trochę przywodzi na myśl „triple triangle” od GT, tylko… bardziej!

Rose The Tusker - fatbike - górna rura

Dzięki niemu, rower bardzo wygodnie przenosi się przez zaspy ;)

Rose The Tusker - fatbike - spawy

Świetne jest też subtelne srebrno-surowe malowanie, które podkreśla jakość ramy. Faty często są kojarzone z dość bylejakim wykonaniem. Nadrzędnym celem jest funkcjonalność, a połączenie szerokich piast, suportu i zmieszczenie w tej plątaninie potężnych kół, łatwe nie jest.

Rose The Tusker - fatbike - headtube badge

Po Tuskerze widać, że kiedy projektanci zrealizowali już te podstawowe założenia, poświęcili jeszcze dwa razy tyle czasu na dopracowanie detali – stąd hydroformowane rury, eleganckie spawy, wewnętrzne (uszczelnione) prowadzenie wszystkich przewodów, czy wspomniane już regulowane haki ze sztywną osią.

Rose The Tusker - fatbike - chainstay

Rose The Tusker to nie tylko wielkie koła z doczepioną resztą roweru. Dominujące wrażenie to spójność.

Rose The Tusker - fatbike - on sand

A jak mawiają, „jeśli coś dobrze wygląda, będzie też dobrze działać”. Tak też jest na szlaku – jazda na Tuskerze ostatecznie przekonała mnie, że faty jednak mają sens.

Rose The Tusker - fatbike

Dzięki połączeniu amortyzatora, sztycy regulowanej i umiarkowanie gigantycznych opon, jest to rower, który jeździ jak prawdziwy fat, ale nie odcina się grubą kreską od normalnych, „codziennych” rowerów. Powiedzmy, że odcina się… cienką, przerywaną linią.

Rose The Tusker - fatbike

Nie jest to na pewno rower na Twistera i nie kupiłbym go jako jedyny rower w garażu. Ale ze względu na lekkość i amortyzację, świetnie sprawdzi się jako drugi rower, a nie – jak większość fatów – jako trzeci lub czwarty. Zwłaszcza, jeśli mieszkasz w górach i jeździsz całą zimę.

Rose The Tusker - fatbike

Ta uniwersalność ma oczywiście swoją cenę, w tym przypadku wyrażoną w euro. Prezentowany rower to tańszy model The Tusker 1, ale „dopasiony” Reverbem i Bluto, co podnosi cenę do ok. 8 tys. zł. Jeśli ma to być tylko zabawka na kilka zimowych wypadów, znajdziesz na rynku bardziej pospolite modele. Ale jeśli oczekujesz spójnego, po niemiecku dopracowanego i kompletnie wyposażonego roweru, to moim zdaniem jest to bardzo przyzwoita cena.

Rose The Tusker - fatbike

Cenę zresztą – jak zawsze w przypadku Rose – można sobie „regulować”. Polecam pobawić się konfiguratorem i zobaczyć, jakie są możliwości. Z powodu wymienionego na początku, nigdy nie zdecydowałbym się na składanie fata od zera, ale możliwość dopasowania specyfikacji do własnego smaku na pewno nie zaszkodzi.

Rose The Tusker - fatbike - główka ramy

Na zakończenie, w ramach uzupełnienia, zapraszam do najpopularniejszego artykułu 2016: Fatbike – po co to komu?


Podobał Ci się wpis? Zapisz się do NEWSLETTERA – będzie mi bardzo miło :) A Ty będziesz dostawał informacje o nowościach na blogu jako pierwszy.


Powiązane wpisy:

 

  1. A jak byś odniósł się do różnic w trakcji (wybitnie śniegowo-śnieżnej) między omawianym fatem, a np. primalem 27.5+? Pokusił byś się o ocenę czy przesiadka ze standardu 2.25 na 3.0 daje większą, odczuwalną różnice w głębszym śniegu, czy to dopiero zmiana z 3.0 na 4.0 daje się najmocniej odczuć… ?

    1. W skrócie: między zwykłymi a plusowymi rozmiarami jest zdecydowanie mniejszy przeskok, niż między plusem a fatem.

      Więcej w tym artykule: http://www.1enduro.pl/opony-27-29-26-plus/

  2. BBW świata rowerów po prostu :D

  3. Bardzo mi się podoba kształt górnej rury- jak w rowerach trialowych:D
    Trzeba będzie się zastanowić poważnie czy na przyszły sezon sobie takiego fata nie sprawić:)

  4. Pracowity początek miesiąca, 17sty stycznia i już 4ty wpis :), idziesz na rekord?

    1. Nie, po prostu dużo tematów jest do opisania :)

  5. Opona 4.8 w tylne widełki się nie zmieści?
    Jaki q-factor?

    1. Cytując artykuł: „Nie jeździłem na wielu fatach. Nie znam się na standardach ich piast i suportów, nie wiem, które opony są najlepsze. Nawet nie jestem w stanie ocenić, jaka geometria najlepiej współgra z potężnymi kołami.” :P

      Starając się jednak wyjść na przeciw ciekawości:

      Opony 4.8″ – wątpię, choć trzeba by zapytać u źródła. Przy zamówieniu można wybrać 4,25″.

      Q-Factor – suport to BSA 100 mm, więc *prawdopodobnie* coś koło tego:
      https://www.bike24.com/i/p/5/5/77755_01_d.jpg

  6. http://www.trekbikes.com/pl/pl_PL/rowery/rowery-g%C3%B3rskie/fat-bikes/farley/farley-9-8/p/1066000-2017/
    W ostatnią niedzielę miałem okazję jeździć /cały dzień/ na tym TREKU.
    Wcześniej jeździłem na podstawowym modelu Speca i na grubym Sworksie.
    TREK bije te Spece na łeb! Przede wszystkim rozmiarem kół / Trek 27.5 , Spece 26 / jak i wagą. 11.8 kg w grubym Treku, to wynik imponujący , który w połączeniu z 27.5 daje niesamowite wrażenia jazdy po śniegu w górach.
    Tak, takiego FATA bym chciał mieć, bo taki fat to nie mordercza walka z masą w górach, lecz normalna jazda.

Dodaj komentarz do tekstu Bikeporn: Rose The Tusker

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Parcul National Retezat – Rumunia

backcountrymtb.org, Przygoda / 

Majestatyczne mgły, podnosząc się z dolin powoli ujawniają, co dzieje się dookoła nas: morze gór, pasma za pasmami ciągnące się nieskończenie po horyzont. Jest jeszcze zbyt ciemno, aby rozpoznać gdzie kończą się szczyty, a zaczyna się bezkształtna masa chmur. Z każdym kilometrem trwającej już kilkanaście godzin podróży, przeżywamy emocjonujący rollercoster, od skrajnej euforii, do czarnej dupy. I tak na zmianę, nie wiedząc jeszcze, że będzie tak do końca!

1000 kilometrów z kawałkiem do Rumunii, to zupełnie inne 1000 od tego, które znasz…

backcountrymtb.org & 1Enduro

Relacja z Rumunii otwiera stałą współpracę 1Enduro i backcountrymtb.org!

Pamiętacie, jak w marcowej ankiecie stwierdziliście, że chcecie czytać na blogu relacje z wycieczek enduro…? Jakoś nie mogłem się przemóc, do publikowania naciąganych opowiastek z kręcenia po Beskidzie Śląskim, więc jak tylko Michał Góźdź zaproponował użyczenie swoich materiałów, oczy mi się zaświeciły. Jego fotorelacje z wycieczek śledzę od 5 lat, a w międzyczasie pojawiły się też publikacje na własnym blogu i w magazynie Bike.

Mam nadzieję, że dzięki 1Enduro, Michał z ekipą backcountrymtb.org zainspirują jeszcze większą grupę osób do prawdziwego enduro spod znaku #exploremore. Oddaję głos autorowi relacji :)

BackcountryMTB logo


Wiosną 2016 roku, kiedy to wszyscy z którymi pielęgnujemy znajomości w najlepszy ze znanych sposobów – skrollując ich fajsbukowe profile – wyjechali do San Remo/Finale (niepotrzebne skreślić), my pojechaliśmy do Rumunii!

Ma być jazda tam, gdzie jeszcze nikt nie jeździł

Nie może być tak, że jest jazda tam gdzie wszyscy jadą turnusami jak za czasów PRL do Bułgarii, ma być jazda tam gdzie jeszcze nikt nie jeździł.


Przygoda przez duże P., backcountry przez grube B.

Pomijając szczegóły organizacyjne, z kręcenia globusem wypada na Rumunię – wydaje się wystarczająco dzika, żeby zaznać przygody. Podnosimy poprzeczkę, odrzucając wszystkie przewijające się przez głowę znane pasma – Bihor, Rodniańskie, Maramuresz. Retezat… nie słyszeliśmy nigdy, aby ktoś tam jeździł. To jest to!

Mimo dziczy prezentujemy zachodnią szkołę noszenia

Autostrady mają kiepskie, ale ścieżki rowerowe w pełni to rekompensują…

Trudno dostępne, słabo skomunikowane, jedno z najwyższych pasm w całych Karpatach, potężne zgrupowanie ponad 20 szczytów powyżej 2000 m n.p.m., a są i takie przekraczające 2500! Wszystko to poprzecinane głębokimi dolinami, wschodnie i południowo-zachodnie części na styku z Górami Godeanu zupełnie dzikie i niezamieszkane, dzięki czemu zachowały swój pierwotny charakter. Cały praktycznie Retzat, jest tak fajny, że zmyślni Rumuni objęli go parkiem narodowym, chroniąc przed nie wiadomo czym. Dla nas to miejsce staje się lekcją, jakiej udzielają nam góry przez kilka dni z rzędu. Głównie pokory!

Lekcja pierwsza: Kalibracja

Trochę już po górach się szwendamy i w miarę ogarniamy te tematy, ale tutaj, to jak uczenie się chodzenia od nowa – samo dotarcie na miejsce startu jest wyzwaniem. Kolejny już kilometr tłuczemy się krętą górską drogą pamiętającą czasy imperium rzymskiego. Może i świetnie nadawały się one do maszerowania legionistów w sandałach, nasz T5 z przyczepą jęczy na kocich łbach, a o zawracaniu nie ma mowy, urwiska po obu stronach skutecznie nam wybijają z głowy takie manewry. Wszystko to wedle mapy/gps odbywa się po jezdnej drodze całkiem niezłej kategorii – mamy trochę inne zdanie w tym temacie.

Tutaj rządzą góry, są wszędzie – i nie ma najmniejszych szans, aby człowiek je sobie podporządkował. Człowiek jest gościem i to mocno zepchniętym do defensywy.

Zostawiając za sobą ostatek cywilizacji – osadę Nucsoara, pierwszego dnia ambitnie celujemy, aby dostać się na główną grań parku, powyżej 2000 metrów, pętlą połączyć przełęcze Saua Ciurila i Saua Lolaia, zamykając ją w okolicach wodospadu Stanisonarei – palcem po mapie, czad!

Jedziemy. Sama już jazda w głąb doliny, pierwsze mijane schronisko – opuszczona na zimę chata w  okolicach  1000 m, cab. Carnic-Cascada utwierdza nas w przekonaniu, że słusznie było zabrać do plecaczka trochu gorzałki, bo na wydawanie rumuńskich plastikowych pieniążków na schroniskowe uciechy raczej szans nie będzie. Schroniskowe uciechy zabite są na zimę dechami po sam komin.

Tu rozumisz zielonym do rozwidlenia, potem przeskakujemy na niebieski i do samej góry już żółtym. Rozumisz…

To nie jest kraj dla ludzi bez vibrama!

Połykamy kolejne 500 m w pionie, przeskakując podjazdem z lewej na prawą stronę strumienia, który wali kaskadami na spiętrzeniach i szeroko rozlewa się w miejscach na które pozwala dolina. Wszystko to, co mijamy przypomina Tatry Zachodnie, tylko skala jest inna – to co tu widzimy, jest większe, bardziej dzikie i niedostępne. Opuszczona po zimie, osada wciśniętych w las chat, będących częścią schroniskowego kompleksu cab. Pietrele, wygląda depresyjnie, pogrążona w wilgoci z zatykającym zimnem bijącym z piętrzących się prawie 1000 metrów powyżej śnieżnych gigantów! Jesteśmy malutcy.

Bajka tylko dla dorosłych

Temperatura rośnie na podejściu, kontemplujemy formacje powykręcanych korzeni pnących się prawie po pionowych ścianach zbocza, którym się wspinamy żółtym szlakiem – bajeczne agrafki najwyższej klasy, aż proszące się aby pokonywać je w drugą stronę. Co to jest za miejsce cudowne!

Miny szybko rzedną powyżej granicy lasu, rumosz skalny którym poprowadzony jest szlak, jest rozrzucony niczym podczas igraszki gigantów, głazy wielkości furgonetki bez ładu i składu giną po kilkudziesięciu metrach pod warstwą śniegu. Każdy krok to kilka prób utrzymania się na nogach, brnąc czasami po pas w śniegu.


Na przełęcz Saua Ciurila docieramy totalnie wypompowani, przemoczeni i poobijani, ze sporym niedoczasem. Ale widok zacny. Majestatyczne szczyty pokryte ogromnymi zwałami śniegów, które sprawiają wrażenie, że nie topią się nigdy, są teraz na wyciągnięcie ręki –  wiosna i lato jeszcze długo nie zawitają w to miejsce, choć słychać ogromny huk przemiany tej masy śniegu w wodę. Zaczyna zacinać deszcz, który zaraz potem zamienia się w śnieg. Uroczo!

Nic nie robiąc sobie z przytyków pogody, śmiało trawersujemy ten zupełnie niejezdny odcinek do skrzyżowania z niebieskim szlakiem, który ma nas sprowadzić do górnego piętra doliny z której tu przyciągnęliśmy. Pokonanie 2 km zajmuje nam ponad 2 h, najgorsze z możliwych tyranie do porzygu, dla części z nas w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Jak to było? „Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny…”

Ktoś to rozumie? O co chodzi z tymi banerami reklamującymi misie?

Jazda w dół w takich miejscach, cały niebieski szlak wzdłuż kipiących kaskad Stanisoarei, w miejscu tak pierwotnym w swojej naturze, to zupełnie inne doznania.

Wszystko jest przeciwko tobie!

Taki test na wytrzymałość nerwów, koncentrację i umiejętności techniczne jeźdźca. Zmurszałe, pokryte wilgocią i jeszcze wczoraj lodem skały są tak śliskie, że po zetknięciu z oponą natychmiast zmieniają kierunek jazdy, najczęściej na zupełnie przeciwny do zamierzonego. Poukładane kamienie – zawsze na sztorc – tylko czekają, aby katapultować cię w otwierającą się przed Tobą przepaść. Wystrzegaj się tylko drzew i korzeni na szlaku. One kładą nas jednego za drugim, bez litości.

Gdzie kończy się śnieg, zaczyna się zabawa!

Głowa pełna linii… gacie też pełne!

W sumie nie do końca wiemy jak to możliwe, ale jeszcze przy akceptowalnym do jazdy świetle, zostajemy wypluci przez dolinę bez większych uszkodzeń, nie licząc powierzchownych obtarć, obić i złamanej psychy. Kompletnego przemrożenia i przemoczenia od kilku godzin nie ma co nawet liczyć. Solidny dzień wypełniony przygodą za nami. O to chodzi!

Niezbędnik wycieczkowy

Cały plan tu mamy opracowany… po rumuńsku!

Lekcja druga: wnioski, a logika formalna

Skąpane w słońcu połoniny, rozległe grzbiety ciągnące się nieskończenie w swej miękkości… tego nam było trzeba dzisiaj! Pruliśmy przez miasteczko Rau de Mori, nie mogąc oderwać oczu od karykaturalnych form dachów, jakie przybierają rumuńskie domy – dach to wyznacznik majętności rodziny, więc odpimpuj swój na wzór buddyjskiej świątyni, mimo że mieszkasz w klocku z pustaków – nieważne. Masz dach jak budda, masz szacun na dzielni!

W tych górach nie spotkaliśmy nigdy nikogo… ale nie czuliśmy, że są nasze

Epic!

My szacun zdobyliśmy wczoraj, wyciągnęliśmy też wnioski – jazdy powyżej 1800 m n.p.m. nie ma, wystrzegać się również należy odkrytych fragmentów powyżej lasu, gdzie szlak kluczy między skałami, no i na północ skierowanych dolin. Cywilizacji może być więcej, bo rumuńskie pieniążki gotowi rozpuszczać jesteśmy natychmiast – wszystkie nasze wymagania spełnia Complex Alpin Rausor… no może poza ostatnim, kasy nadal przepić gdzie nie ma.

Jazda jak z bajki, singlami i ścieżkami przemytników wspinamy się do góry, raz tylko niebezpiecznie zbliżając się do granicy śniegów – 1827 m. Vf. Pacuiu, to kulminacja dzisiejszej wyrypy – potem spływamy przez kolejne szczyty w dół, przez Vf. Caruntu, Chiciura, gubiąc niezliczoną ilość razy szlak na szerokich polanach, odnajdując go często zupełnie przypadkiem, kiedy wchodzi do lasu.

Definicje? Czy potrzebne są definicje tego co się dzieje!

Mimo chwilowych trudności, jest i czas na zdjęcia do niemieckiego katalogu

Wielokrotnie napotykamy ślady działalności człowieka, szałasy, poidła i zagrody – na polanach w sezonie wypasane są owce i inna baranina, ale jeszcze nie teraz, teraz nie spotykamy nikogo.

Dzień zupełnie inny od poprzedniego, esencja jazdy enduro – turystyki rowerowej w najlepszym wydaniu, przemierzania gór w poszukiwaniu przygody w gronie przyjaciół, czerpania z natury tego, po co sięgnęła wczoraj. To przywraca stan równowagi.

Przed wyruszeniem w drogę musisz zebrać drużynę

Syndrom dnia trzeciego – czymkolwiek on jest – dopada nas na całego. Od rana rzygam jak kot, przeżywając okrutne męki – to efekt rumuńskiego melanżu jaki nas porwał minionej nocy. Winą można śmiało obarczyć gwiazdę wczorajszego wieczoru, rumuński bimber śliwkowy pity z naczyń laboratoryjnych. Wina leży po jego stronie – bezdyskusyjnie!

Bimber z retorty – będzie kiepsko rano!

Słonina smakuje jak rafaello! Serio!

Kiedy już odzyskujemy wzrok, kierujemy go na potężną rzekę Temesz – to dopływ Dunaju oddzielający góry Retezat od pasma Ţarcu. Na granicy parku, rumuńscy inżynierowie dokonali cudów betonowania wody w poprzek i spiętrzyli masy wody ogromną tamą. Koncept przygody jest zacny, chcemy w miejscu gdzie Temesz, łączy się z dopływem Zlata, rozpocząć wspinaczkę na górę o tej samej nazwie, przed wierzchołkiem przetrawersować w kierunku Vf. Lapusticul, bo na samej Zletej czujemy kopne śniegi, a na sam koniec zaliczyć ponad 1000 metrów zjazdu niebieskim szlakiem do górnej części spiętrzenia.

Miej lokalesa za przewodnika!

Granica 1800 m n.p.m. wyznacza granice ówczesnego śniegu – to wiemy z lekcji dnia 1

Mimo, że w głowie huczy niemiłosiernie, na sam widok powykręcanych zygzaków na mapie, raźno wspinamy się metr po metrze do góry. Pierwotna puszcza, zmurszałe pnie i niewidoczna linia szlaku.

Przez spory kawałek dołącza do nas 6. uczestnik wyrypy, pies. Żaden tam wsiowy obszczymurek, tylko  prawdziwy rumuński owczarek, prowadzi nas singlem po rumuńskiej dziczy – czad! Niestety podczas jednej z przepraw przez rwący potok, musimy pozostawić go na drugim brzegu – samodzielnie nie jest w stanie przedostać się z nami, a pomaganie mu w przeprawie może być nierozsądne – nie będzie miał jak wrócić. Szkoda, czuliśmy się raźniej, mając za przewodnika lokalesa, tym bardziej, że co chwila mijamy ostrzeżenia przed niedźwiedziami. Trudno, będzie musiał wystarczyć gwizdek.

Cytryn i gumiak

To jest reperacja na miarę naszych możliwości… na miarę możliwości powrotu do Polski, jak się okazało potem :)

Lekcja trzecia: TVN meteo

Po dotarciu powyżej granicy lasu, która po tej stronie gór niebezpiecznie zbliża się do 1800 m, czyli naszej umownej granicy śniegu, zarządzamy biwak w jednym z szałasów. Rozległe polany pokryte roślinnością, krzyżówką jarmużu ze szczawiem, któremu najwyraźniej zimowanie pod śniegiem nie zaszkodziło, w ciągu miesiąca pewnie zapełnią się baraniną. Na razie pusto.

Braki w poszyciu w szałasie nadrabiamy resztkami bimbru z winem, na ognisku wesoło skwierczą baranie kiełbasy i słonina.

Boże jacy byliśmy głodni!

Jest już grubo popołudniu –  poza problemami z życiem o poranku części z nas, dostaliśmy też za swoje na podejściu – na ostatnich 300 metrach ponownie walczyliśmy o każdy metr w pionie z głazowiskiem, którym fantazyjnie poprowadzono szlak. No i trzeba jeszcze doliczyć kilka godzin pod maską samochodu, kiedy to w rumuńskiej dolinie wybucha nam kawałek silnika. Na szczęście reperujemy za pomocą puszki po piwie, linki przerzutkowej i kilku śrub z mostka Syntace. Pestka!

Czego potrzeba?!

Kiełbasa z barana – jest! Słonina – jest! Bimber – jest! Wszystko jest!

Faktem z którym mierzymy się w tempie przyspieszonym, jest zmiana planów i zjazd tą samą drogą, którą tu przybyliśmy – nie popełniamy tego samego błędu co pierwszego dnia, cały podjazd/podejście to bajkowa droga w dół, którą postanawiamy wykorzystać do ewakuacji. Kiedy my zajadaliśmy się przysmakami, zapijając gorzałą, pogoda zmienia się diametralnie – naciągają czarne, kłębiące się chmury, temperatura spada do 2 stopni i prący ku nam front wysypuje z siebie ze wściekłością grad, a zaraz potem śnieg.

Na koniec tej gorączkowej ewakuacji, kiedy w popłochu opuszczamy biwak, nagrywam telefonem krótki film – oglądany z kanapy, pokazuje mizerny widok: 5 chłopa, w dziurawym szałasie na 1800 m, w krótkich gaciach walczy o utrzymanie ognia  przy nadciągającym sztormie. To wszystko gdzieś w rumuńskich, zapomnianych przez wszystkich górach!

Tymczasem w San Remo :)

Powraca czucie

Czucie mózgu powraca ostatnie

W ramach relaksujących części zjazdu…

A  zjazd… Zjazd to już zupełnie inna bajka! Zanim dotrzemy do granicy lasu, dopada nas armagedon. Wali tak strasznie, wszystkim, ze wszystkich sił, że nie bardzo wiemy, w którym kierunku należy iść, już wcześniej nie wiedząc, który to był ten dobry kierunek. Na pewno nie ten. Sporą część w dół i to już w siodle, pokonuję bez czucia w palcach, początkowo myśląc, że to wina hamulców – hamulce hamują, to ja nie czuję jak naciskam na klamki.

Z każdym metrem jest nam coraz cieplej, trwa tu walka o każdy metr, amortyzatory chlupoczą olejami, tarcze popiskują, przez las co rusz niosą się przekleństwa, trzaski i zgrzyty konfrontacji sprzętu z naturą, ale nikt się nie zatrzymuje – jedziemy jak w transie. Pokonując najtrudniejsze formacje, zakręty i sekcje skalne, do wypłaszczenia doliny docieramy cali mokrzy, tym razem od potu. Dymi się z nas, głowa kipi z euforii, a łapki same się składają do przybijania piątek. Tylko trochę się trzęsą.  Z nadmiaru adrenaliny.

Czas do domu!

Żegnaj Retezat, za rok jedziemy do San Remo!

Rodzina w komplecie

Dobre czasy

Good things come those who ride!


Jako że to debiut Michała na 1Enduro, nie pozwólcie mu długo czekać na komentarze! :)

Podobało Wam się?


Zobacz też:

 

  1. To jest to czego brakowało na 1enduro. Opisy wypraw to jest to szczególnie tak extremalnych, oby wiecej takich jak ta.

  2. Te hipsterskie kratki i flanele musza byc? Bo jak kumam nie da sie jechac w ubraniu w jednym kolorze?

    1. @jawid. Wow, ale komentarz. Ty tak serio? :)

    2. Tak, muszą. Przeczytaj tekst a nie tylko patrzaj na fotki. Warto!

    3. Blogi modowe czekają na Twoje komentarze, kolego. Tutaj tylko robisz niepotrzebny wiatr (nieświeży zresztą).

  3. hipsterska wyprawa to i ubrania hipsterskie muszą być :) jest to wszystko spójne choć mało strawne.

  4. aha, z całej relacji najważniejsze że się ubrali w kratkę a nie jednokolorowo :D a kogo to obchodzi? i mówi to dziewczyna! poza tym super wpis, oby więcej

  5. Przepraszam, Ale muszę…”zazdraszczam”. Rewelacja!!! Opis też przyjemny.

  6. Jezu!! Czytam opis wyprawy. Chwytam klimat i łapię zajawę na Rumunię. Kończę przechodzę do komentarzy żeby skrobnąć podziękowania i poprosić o więcej. I co widzę? Dywagację na temat QRWA KOSZULI!?

    Jeździj na czym chcesz, w czym chcesz i jak chcesz.

    TYLKO JEŹDZIJ :)

    1. Dzięki za dobre słowa! Cała przyjemność po naszej stronie… a dywagacje o koszulach… no po coś się je w końcu nosi :)

    2. Słuszna uwaga.

  7. Tak zdefiniowałbym enduro!

  8. Z tymi koszulami to zupełnie tak jak z rowerami.
    „Nieważne (w)czym, pedałuj albo giń” – NSR PAG

    Co do terenu, to przyznać musza, że ciekawy region.

  9. Świetna fotorelacja! Motywująca. Pomysł na trip, grupa przyjaciół, rowery …. no i ciuchy w kratę :-) – chcę się żyć.
    P.s. Michał, brawo za świetny pomysł na współpracę.

    1. Ciuchy w kratę najłatwiej… trudniej o dobrego tripa w gronie przyjaciół, ale staramy się. Dzięki za pozytywny feedback!

  10. podobało się. następnym razem mnie weźcie, mówię po rumuńsku:)

    1. O tak… możliwość komunikowania się z lokalesami byłaby nieoceniona :)

  11. Oby więcej takich relacji :) Super sprawa! Również planuje Rumunie latem 2017 :)

  12. Super motywator!
    Szacun za wyprawę :)

  13. Robilem takie wyprawy juz ponad 15 lat temu, w bradzo podobne gory od Ukrainy, przez polskie Tatry Zachodnie, Slowackie po tamte rejony. Roznica taka, ze inne to byly rowery, inne ubrania, troche inne czasy. Fakty sa takie, ze znacznie wiecej tam noszenia i pchania niz jezdzenia. Wiem doskonale jak wyglada to od kuchni, bo po prostu jezdze, a nie siedze przed kompem, jak ktos zarzucil…Slusznie zauwazono, ze brak cyferek z trasy, brak przewyzszen, km, sredniej itd. Po co? Chocby po to, ze nagle sie okazuje, ze srednia w trasy w danym dniu to 9kmh…Tak przy okazji, jak juz tam czlowiek byl, to zawsze z powodu ograniczonego czasu i pieniedzy robil trase od switu do zmroku, wiec trudno powiedziec czy nazwac to przygoda czy zarznieciem w trasie.
    Uwaga o koszulach? Hm, jak widze kogos z broda w koszuli w krate w rurkach to mnie trzepie.Co nie moge?

    1. Może Ci się to prywatnie nie podobać, ale dziwi mnie, że publikujesz to w komentarzu – takie zwracanie uwagi na to, co ktoś ubiera lub czy ma brodę, jednak dużo więcej mówi o Tobie ;)

  14. No do lewa mi daleko….Przynajmniej mam na tyle odwagi, ze pisze co mysle i wali mnie co ktos o tym mysli.
    Tak przy okazji, w Twoich artykulach jest tak wiele porownan, ktore moga kogos urazic, ze sam moglbys zmilknac ;] Tak przy okazji, mnie nie przeszkadzaja…

    1. „takie zwracanie uwagi na to, co ktoś ubiera lub czy ma brodę, jednak dużo więcej mówi o Tobie”

      Oj dużo mówi… Ewidentnie „jawid” sieczką pasiony nie jest:)
      Jest pewna różnica w brodzie, którą ktoś nosi od zawsze i koszuli z warsztatu. Wszystko inne to pozerka wg obowiązującego tryndu. No i relacja też wypindrzona jak wueska na przegląd. Z tego co pamiętam na oryginalnej stronie takiego zadęcia w formę nie było. Pierwsze koty za płoty i czekamy na następne. Będzie lepiej.

  15. Bardzo fajny opis wyprawy, okraszony fajnymi fotami. Podoba mi się, tak trzymać!

    Generalnie trasy w całości do wyczajenia, choć opis czasem wprowadza mocno w błąd.. być może spowodowane pisaniem relacji na żywca albo po prostu pomyłka, ale dość masakryczna.. np. w tej okolicy nie ma rzeki Temesz więc autorom zapewne chodziło o rzekę Rau Mare (do której dopływa rzeczka Zlata gdzie rozpoczęli ostatni dzień), ale z kolei ona nie jest wcale dopływem Dunaju który płynie jakieś 80km na południe!

    Wyguglujcie sobie skan mapy Retezat i wspomagajcie się turisticką warstwą na http://www.mapy.cz, i można sobie łatwo odtworzyć trasę na podstawie punktów orientacyjnych.

  16. Super wyprawa, fajne kraciaste ubrania ale brody za mało!;D Kiedy przegląd modeli na 2017? Chyba już ze 30 razy oglądałem bikeporna Primala+ ale teraz zastanawiam się czy do turystycznego ęduro nie lepiej zamówić AUTHORa VERSUS(myk myka nie ma ale za to miejsce na bidony jest).

    1. Primalowi+ chyba daleko do Authora Versus.
      Ja wybrałbym Authora. Jeżdzę teraz na Pariocie AM 1.0 Ale Versus kusi.
      Główka 65 stopni, RST First w Versusie to włąsciwie Rogue bo oba mają golenie 34mm (First jest ciut cięższy tylko).
      Fajna maszynka zdecudowanie i co najważniejsze dla mnie, rama jest dostępna w prawdziwym rozmiarze XL

  17. Brawo Chłopaki. A kolorowe ciuszki? Wiadomo, na niedźwiedzie ;)

  18. Przeraża mnie ta ilość hejtów. Czy to coś złego, ze ktoś ubiera się modnie ? ;) zajebista przygoda, tylko pozazdrościć. Mam nadzieje że więcej będzie takich relacji :)

  19. Pobudzająca wyobraźnię i wywołująca mrowienie w łydkach(rowerowy „RLS”? :D). Na myśl od razu przychodzi: rzuć wszystko(pakuj rower) i wyjedź…do Rumunii ;)

  20. „masakryczna” pomyłka bo ktoś pomylił nazwę rzeki?? Panie moja druga żona to była „masakryczna” pomyłka.

    1. Kurde… zupełnie jak moja pierwsza!

  21. Czy naprawdę dla niektórych liczy się tylko wynik końcowy, przewyższenia, średnia prędkość itp.? Odkrywanie, poznawanie, cała ta eksploracja nowych miejsc, sama w sobie dostarcza dużo, dużo więcej, niż przejazd wyznaczoną trasą po beskidach, czy innych górkach. To, że czasami trzeba prowadzić rower przebijając się przez formację skalne, czy inne nie przejezdne szlaki, to już znaczy, że wyprawa była zła? Jestem człowiekiem z gór i takie obcowanie z naturą jak najbardziej mnie cieszy, gdzie jadę z nieznane i nie wiem do końca co mnie czeka i na dokładnie mam się przygotować. Rowerowy survival, bo chyba o to w tym wszystkim chodzi. Pozdrawiam :)

  22. Mamy przyjemność razem z żoną od paru lat znać Michała i udało nam się spędzić kilka dni razem rowerowo i to co spotkało nas najlepszego podczas tych wycieczek , to jest Michał !!! Dlatego zrozumieć tą relacje mogą tak naprawdę osoby które go znają , a w co sie chłopina ubiera ? My go kochamy nawet gdyby jechał w czymkolwiek ! Pozdrowerek dla wszystkich

  23. Coś pięknego COŚ PIĘKNEGOOOO…pzdr całą ekipę w „szkocką kratę” – Jak dla mnie krew , pot i łzy to jest to co Tygrysy lubią najbardziej !!!Fajnie i lekko się czytało…

    pzdr ekipę & Ride for Fun

  24. Wszystko fajnie ,ale po co brać takie rowery na wyprawe? Nie lepiej coś lżejszego? Więcej noszenia i pedałowania pod góre ,jak tych zjazdów na których i tak nie wykorzysta się możliwości roweru enduro , bo kto będzie ryzykował poważną kontuzje w dziczy? Oczywiście nie odbieram nikomu prawa do jazdy na takim czy innym , ale mnie to dziwi.

    1. Ale że 13kg 601 ciężka? :)
      Rower enduro jest na tyle uniwersalny, że całkiem nieźle ogarniamy jazdę w górę i noszenie, a z drugiej strony nie ogranicza nas w dół sprzętowo – tylko umiejętnościami.

    2. Odpowiedź jest prosta – bo można :). Sami z ekipą robimy podobne tripy w Polsce i na Słowacji, gdzie nieraz jest to 5 godzin noszenia i 20 minut zjazdu. Efekt? Banan na ryju przez cały dzień.
      Dla mnie rower to coś więcej niż jazda – to bardziej przygoda, zakończona zjazdem :).
      Jednym się to spodoba, innym nie.

Dodaj komentarz do tekstu Parcul National Retezat – Rumunia

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Rok 2016 na Instagramie (i nie tylko)

Blog, Hajlajtsy / 

Rok temu postanowiłem rozkręcić profil @1enduro na Instagramie. Od listopada wrzucałem tam nie tylko zajawki nowych wpisów na blogu, ale też zdjęcia z „backstage’u” (lub po ludzku: takie normalne, z jeżdżenia).

Wymóżdżyłem sobie więc, że wygrzebanie z tego zbioru najciekawszych zdjęć będzie spoko pomysłem na podsumowanie sezonu 2016.

Oczywiście nie wszystko co robiłem, udało mi się uwiecznić na Instagramie. Jak się nad tym chwilę zastanowić – to chyba dobrze? Robienie kwadratowych fotek bardzo mi się jednak spodobało, czego efektem jest niemal kompletny przekrój przez najważniejsze wydarzenia tego roku.

Podobno przypomnienie sobie takich momentów jest kluczowe dla dobrego planowania kolejnego roku. Więc przeżyjmy to jeszcze raz!


Sezon zaczął się grubo! Dzięki wypożyczeniu od Rose testowego Tuskera, mogłem w pełni zrozumieć, czym tak się jarają miłośnicy oponiarskiego tłuszczu. Na zdjęciu „Grube Kołowanie” z Rowerowym Podhalem, przy schronisku w Dolinie Chochołowskiej.

Zapraszam do nowego wpisu na blogu (zgadnij o czym :P)! #fatbike #fattire #1enduro #noshox @fat_bike.pl

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Zaowocowało to najpopularniejszym w tym roku artykułem: Fatbike – po co to komu? (pozostałe hity znajdziesz pod wpisem). Na Instagramie reklamowało go to zdjęcie amortyzatora widelca w facie Łukasza z Fatbike Polska, który w dużym stopniu wtajemniczył mnie w temat tłuszczaków.

Hajlajtsy z Fat Bike Race Góry Stołowe już na 1enduro.pl! #fatbikerace #fbrgs #fatbike #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Przygodę z fatem zakończyłem startem w Fat Bike Race Góry Stołowe. Tegoroczna edycja odbędzie się 28. stycznia – ja już się zapisałem!

Zimą zakończyłem też przygodę z GT Karakoram – rowerem, który miał być tylko tanim eksperymentem z kołami 29″, a skończyło się na kilku wspólnych sezonach i m.in. startem w Enduro Trophy w Szklarskiej Porębie. Good Times!

Wkrótce na blogu ;) @ns_bikesco #nsbikes #djambo #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Ale przyszło nowe. GT zastąpił NS Bikes Eccentric Djambo. Tak wyglądała sesja do pierwszego bikeporna, jaki pojawił się na blogu. I przy okazji mój pierwszy kontakt z oponami w rozmiarze „plus”.

Krótko po tym, plusowy eksperyment uzupełnił Trek Stache 7, czyli najbardziej zakręcony rower, jaki do tej pory przewinął się przez moje ręce. Powyższe selfie zrobiłem podczas wypadu na Baranią Górę. Wstyd się przyznać, ale pierwszy raz zjeżdżałem klasycznym niebieskim szlakiem. Wydał mi się banalnie prosty, a wszystkie legendy mocno przesadzone. Dopiero później odkryłem, że najgorsze kamienie i korzenie po prostu schowały się pod śnieżną kołderką. A może to przez te koła…?

W międzyczasie pojawił się Kross Moon, czyli jeden z fajniejszych benefitów związanych z blogowaniem (rower został mi udostępniony na cały sezon). Żeby zrobić księżycową sesję, zawiozłem go w deszczową sobotę na rozmokniętą hałdę w Katowicach-Murckach i wniosłem na szczyt, żeby nic nie ubrudzić. Resztki szarego błota mam na butach do dziś.

Co by tu sobie…? #whyte #wales #afan

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Najlepsza akcja sezonu 2016? Sławny w internetach wiosenny wypad do Walii na testy Whyte. Wiedzę o rowerach czerpię w większości z brytyjskich źródeł i zawsze marzyłem, żeby tam pojeździć. Szkoda, że na miejscu spędziliśmy tyko jeden dzień…

Bardziej lokalnie przetestowałem Rose Uncle Jimbo, czyli jeden z najbardziej niedocenianych rowerów enduro na rynku. Robiona na ostatnią chwilę sesja zdjęciowa zmusiła mnie do wypadu do Bikeparku Stożek. Czasem dobrze jest mieć takie motywatory!

Customowe naklejki – i od razu lepiej :) Dzięki @krossbikes #kross #moon #bike #enduro #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Ta cyknięta na szybko fotka pomarańczowych naklejek była pierwszą, która przekroczyła barierę 100 polubień. Sam nie wiem, dlaczego ;) Ale o to, skąd mam te naklejki, pytacie do dziś. Odpowiadam: wyciął je na specjalną prośbę dział marketingu Krossa. Ha! #tylewygrać #życieblogera

Równie zaskakujący jak sukces poprzedniego zdjęcia, był śnieg który spadł drugiego dnia Cyklo Warsztatów. Ale nie przeszkadzało mi to w jeżdżeniu – cieszyłem się, że zszedł ze mnie stres po prelekcji, jaką prowadziłem poprzedniego wieczoru.

Moja relacja z festiwalu @joyridepl w Kluszkowcach już na 1enduro.pl! #joyride #kluszkowce #bike #enduro #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Zimowe warunki w Kościelisku to była jednak Majorka w porównaniu do tego, co 3 tygodnie później działo się na Joy Ride Festiwalu. Nie licząc przypadkowego wpadnięcia do rzeki, nigdy nie byłem tak mokry na rowerze. Z perspektywy czasu, odczuwam jednak pozytywny wpływ tego dnia: od czasu Kluszkowców, KAŻDE warunki wydają się znakomite do jazdy.

Dziś na #trutnovtrails warunki bywały hardkorowe… #grad #enduro #kross @krossbikes #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

…nawet burza z gradem podczas pierwszej wizyty na Trutnov Trails. To najfajniejsza i najbardziej obiecująca nowa miejscówka, jaką odwiedziłem w 2016.

Tajna mapa skarbu i reszta relacji z #enduromtbseries #przesieka już na 1enduro.pl! ;) #bike #enduro #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Kolejny start – Enduro MTB Series w Przesiece – był dużo bardziej udany. To moje ulubione zawody minionego roku. Więcej o tym pisałem w hajlajtsach sezonu 2016.

Dziś na Enduro Trails atmosfera trochę inna, niż zwykle…

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Tego wydarzenia nie powinno się włączać w żaden ranking, ale śmiertelny wypadek w Bielsku-Białej dał do myślenia i mocno zapadł w pamięć wielu riderom… Zdjęcie zrobione dzień po tragicznym zdarzeniu.

Wracając do weselszych tematów: kolejnym testowanym przeze mnie rowerem był Kross Dust, którego oblatywałem między innymi na Singltreku pod Smrkem. Ten rower to numer jeden w kategoriach „największe zaskoczenie” i „najlepsze wyniki na Stravie”.

Nie mógłbym tu też pominąć ścieżkowego Whyte’a T-130 RS, który przypieczętował decyzję o zakupie roweru tej marki. Jeździło mi się na nim tak dobrze, że zapomniałem zaplanować sesję bikepornową. Ostatecznie zdjęcia cyknąłem na szybko za garażem – wyszło całkiem nieźle!

@krossbikes #moonplus @wildernesstrailbikes #trailblazer #plusbike #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Chyba lubicie nietypowe dodatki. O pomarańczowych naklejkach już pisałem, natomiast pierwszym zdjęciem, które przekroczyło 200 polubień był „Moon Plus”, czyli Moon z upchniętymi oponami WTB 2.8″. Nie róbcie tego w domu!

Relacja z zawodów #endurotrails już na blogu – link w profilu! #bike #enduro #mtb #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Co prawda na plusowch oponach ukończyłem zawody Enduro Trails w Bielsku (których nie zapamiętałem zbyt miło…), ale nie czułem żadnej przewagi w stosunku do zwykłych opon.

Kiedy ja ostatnio jechałem na rower pociągiem…? #crosscountry #xc #plusbike #djambo @ns_bikesco @wildernesstrailbikes #ranger

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Natomiast rewelacyjnie „plusy” sprawdziły się na epickiej wycieczce przez Jurę Krakowsko-Częstochowską. Moim celem było pokonanie (pierwszy raz w życiu) dystansu 100 km w terenie. To zdecydowanie jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie zrobiłem w 2016. Całość opisałem w artykule „100+ na 27+”.

Wspominałem już, że moje zdjęcia zwykle nie przekraczały 100-200 polubień. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy będąc na wakajach, obserowałem lawinę serduszek pod zdjęciem reklamującym test Djambo. Zebrało ich w sumie ponad 640. Tajemnica sukcesu? Nie wiem do dziś. Może pozowany manual połączony z długim czasem naświetlania, maskującym niską prędkość? Muszę robić tego więcej ;)

A dzisiaj taka randka – @kellysbikes media days 2017. #kellys #kluszkowce #bike #enduro #mtb #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Końcówka lata to sezon prezentacji przyszłorocznych kolekcji. Zaproszenie na Kellys Media Days jednocześnie mnie ucieszyło (bo do tej pory nie miałem zbyt wiele do czynienia z tymi rowerami…) i przestraszyło (…bo nie bez powodu). Bardzo miła impreza, którą krótko podsumowałbym: „nie taki Kellys straszny, jak go malują”.

Fot. @staron_photo Kross Media Days @krossbikes #krossjednapasja #krossbikes #bike #enduro #mtb #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Dwudniowe testy kolekcji 2017 Krossa to kolejny „hajlajt” sezonu, który zaowocował wyborem roweru na przyszły sezon (szczegóły wkrótce ;)). Przy okazji pierwszy raz, kiedy zdjęcia robił mi pro-fotograf: Piotr Staroń. #hajlajf

Kielce Bike Expo już na blogu – link w profilu! #kielcebikeexpo #targikielce #bike #enduro #mtb #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Wypad na targi w Kielcach to kolejny „pierwszy raz”. Rozmiar tej imprezy naprawdę mnie zaskoczył. Zdania w branży na temat Bike Expo są podzielone, ale ja, jako sprzętowa ladacznica śliniąca się na wszystkie nowinki, już czekam na przyszłoroczną edycję!

Jak już jesteśmy przy rozdziewiczaniu… Czy zawody w bieszczadzkim błocie to dobry pomysł na pierwszą jazdę na nowym rowerze? Najwyraźniej! ;)

Mistrzostwa Polski w Baligrodzie były ostatnimi zawodami enduro 2016. Kalendarz 2017 przyniósł wiele nowości – przede wszystkim zniknięcie najstarszej serii EMTB Enduro… Zdecydowanie była to jedna z gorszych wiadomości sezonu.

Dwa tygodnie po Bieszczadach, udało mi się sprawdzić nowy nabytek w dużo spokojniejszych okolicznościach…

…jednak nie dla wszystkich III Podhalański Zlot Enduro był tak idyllicznym przeżyciem!

Jesieni ciąg dalszy… #autumn #sunset #krossjednapasja #krossbikes #krossmoon #bike #enduro #mtb #1enduro @krossbikes

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Zakup Whyte’a oznaczał pożegnanie z Moonem. Które nie do końca się udało, bo… nadal stoi w moim garażu. Rower testowy odkupiłem dla żony. Na wiosnę zobaczysz, jakie będą jego dalsze losy – a będą ciekawe!

Uroki jesieni… @hcc_components #hcc #constans #autumnleavesstuckinmydrivetrain #bike #enduro #mtb #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

To zdjęcie zrobiłem tego samego dnia, co poprzednie. Liście nabite na zębatkę. No ewidentnie temat zasługujący na ponad 1140 polubień – czyli niezbadanych zasięgów Instagrama ciąg dalszy. Najpopularniejsze zdjęcie na moim profilu.

To ujęcie zebrało dużo mniej serduszek, ale za to symbolizuje najważniejszy dla mnie artykuł tego roku: wywiad z budowniczymi polskich singli, opisujący kulisy powstawania takich tras jak Enduro Trails, Srebrna Góra czy Suliwoods.

Pozdrowienia ze Skrzycznego! #nightride #skrzyczne #szczyrk #bike #enduro #mtb #1enduro

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Wracając jednak do jeżdżenia: nocny zjazd ze Skrzycznego czerwonym szlakiem do Buczkowic (w środku tygodnia) był jedną z tych rzeczy, na które chyba bym się nie porwał, gdyby nie presja bycia blogerem-celebrytą… ;)

Za pewnością też nie wydukowaliby mojego artykułu w magazynie Bike – a tym bardziej mojej paszczy! Jak byłem mały, marzyłem o pisaniu do czasopisma motoryzacyjnego, ewentualnie o grach. Ale rowery też są spoko! Jedna z najbardziej satysfakcjonujących chwil tego roku.

Co robisz w Wigilię, będziesz robić cały rok ;) #bike #xc #mtb #1enduro #dartmoor #primal @dartmoor_bikes

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika 1Enduro (@1enduro)

Oby w 2017 takich chwil było jeszcze więcej! Czego sobie i Tobie serdecznie życzę.


P.S. Mam nadzieję, że zachęciłem Cię do kliknięcia „Obserwuj” na moim Instagramie…?


Bonus: Najpopularniejsze artykuły na blogu w 2016

Które wpisy opublikowane w minionym roku czytaliście najczęściej? Sprawdź, czy czegoś nie przegapiłeś!

1. Fatbike – po co to komu? – 38 tys. odsłon

Zaskoczenie? Tajemnicą popularności tego artykułu jest… Google. Jeśli ktoś szuka informacji o fatach, jest duża szansa, że trafi na ten artykuł. A szuka naprawdę dużo osób! Co ciekawe, najwięcej… latem. Aktualnie temat traci na popularności, co chyba potwierdza odwrót od fatbike’ów na rzecz plusów.

2. Hardtaile enduro do 6000 zł – prezentacja modeli 2016 – 32 tys.

Podobnie, jak prezentacja rowerów enduro do 8000 zł z zeszłego roku, przewodnik po rynku sztywniaków bardzo Wam się spodobał. Moje postanowienie noworoczne, to przygotować więcej takich zestawień.

3. Kalendarz zawodów enduro 2016 – 27 tys.

Najkrótszy wpis na blogu w top 3? Chyba niepotrzebnie się produkuję ;) A tak serio – to potwierdza, że mimo wszystko ciągle interesujecie się zawodami i chcecie w nich startować. Kalendarz 2017 jest już na blogu.

4. Jak wybrać rozmiar ramy – 26 tys.

Chyba najczęściej linkowany artykuł, czyli poradnik dobierania rozmiaru dostosowany do nowoczesnej geometrii rowerów enduro, bez powielania starych mitów. Jeśli kupujesz nowy rower, lektura obowiązkowa.

5. Kask enduro – co to w ogóle jest (i jaki wybrać)? – 24 tys.

Artykuł opisujący, czym się różni tzw. „kask enduro” od zwykłego kasku MTB, oraz jaki typ wybrać: fullface, otwarty, czy z odpinaną szczęką?

6. Bikeporn: Kross Moon 2.0 – 22 tys.

7. Bikeporn: NS Bikes Eccentric Djambo – 15 tys.

8. Test długodystansowy: Canyon Strive Al 6.0 Race – 15 tys.

9. 23 rzeczy, które zawsze powinieneś mieć w plecaku – 15 tys.

10. Jak kupić pierwszy rower MTB – 8 porad dla początkujących – 15 tys.


Zobacz też podobne wpisy:

 

  1. Osobiście uważam, że na Twoich zdjęciach Moon’a producent powinien się uczyć jak promować ten model (i nie tylko) :D

  2. Kawał świetnej roboty! Widać tez poprawie w jakości samych zdjęć i pomysłów na kadry :D

  3. Świetny rok. Tak trzymać. Gratulacje!

  4. Dzięki za super Bloga! Trzymaj tak dalej w nowym 2017 roku!

  5. Ja przeczytałem wszystkie artykuły :), Zastanawiam się ile czasu zajmuje Ci napisanie jednego artykułu.

    1. Trudno powiedzieć, samo pisanie to przy dobrym flow 2-4 godziny. Do tego zdjęcia + obróbka, redakcja tekstu, promocja, komentarze… Średnio można powiedzieć, że jeden tekst pochłania ok. 10 godzin.

  6. Zajebisty kontent, dużo odkryłem dzięki Twoim artykułom. Pozdrawiam :)

  7. Jak narazie nie widać na horyzoncie konkurencji :)

Dodaj komentarz do tekstu Rok 2016 na Instagramie (i nie tylko)

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top