SRAM EX1 – jeden krok wstecz, dwa kroki do przodu?

Prezentacje, Sprzęt, Trendy / 

Jak wiesz, nie publikuję na blogu komunikatów prasowych. Pojawiła się jednak w tym tygodniu nowość, której nie mogę nie skomentować. Zwłaszcza, że (teoretycznie) dotyczy ona rowerów e-MTB – więc mogłeś ją przeoczyć. Dużo byś stracił!

SRAM zaprezentował nową grupę EX1 – „e” jak „electric”, czyli zoptymalizowaną pod kątem rowerów MTB wspomaganych elektrycznie. To samo niedawno zrobiło Shimano z grupą XT E8000, jednak SRAM podszedł do tematu nieco inaczej i postarał się rozwiązać problemy trapiące mechaniczną (a nie silnikową) część napędu e-bike’ów.

A przy tym… strzelił sobie w stopę, niechcący rozwiązując bolączki wszystkich napędów 1x.


Disclaimer: wpis NIE powstał w ramach jakiejkolwiek komercyjnej współpracy.


Po co ta nowa grupa?

EX1 jest całkiem normalnym napędem – nie rozładowuje się w nim żadna bateria, nie trzeba być niepełnosprawnym żeby na nim jeździć, nie trzeba też rezygnować z posiadania kolegów. Jedynym elementem zalatującym prądem jest korba, w standardzie mocowania zgodnym z silnikami Boscha i Brose. Zapominamy więc o korbie.

Zwiększona wytrzymałość, odporność na zmiany biegów pod dużym obciążeniem i zmniejszenie przekosów

Takie właśnie mają być zalety całej reszty. Tak… To są zdecydowanie cechy, które docenią wyłącznie użytkownicy e-bike’ów!

SRAM EX1 casette

Osiem biegów w 2016?

Bezdyskusyjną gwiazdą programu jest kaseta XG-899 E-Block, której konstrukcja odpowiada za wymienione zalety:

  • Oferuje dość pokaźny zakres 11-48T (436%), czyli większy od dominujących obecnie 11-rzędowych kaset SRAM-a 10-42T (420%)…
  • …i w przeciwieństwie do nich, montuje się ją na zwykłym bębenku (nie-XD).
  • Odwrotnie do panującego trendu zwiększania liczby zębatek, ma ona ich zaledwie 8. A przy tym są one…
  • …odsunięte od szprych 7-miletrową podkładką, dzięki czemu linia łańcucha jest o niebo lepsza. Oznacza to koniec problemu łańcucha spadającego z największej zębatki przy kręceniu do tyłu. A w przyszłości, potencjał do szerszego rozstawienia kołnierzy piasty – bardziej, niż umożliwił to Boost.
  • SRAM nie chwali się jej masą, prawdopodobnie dlatego, że…
  • …jest wykonana z „utwardzonej stali narzędziowej” – cokolwiek to znaczy, raczej powinno dobrze wpłynąć na trwałość. I dobrze, bo…
  • …kosztuje solidne 450 euro – mniej więcej tyle, co nowa, topowa XX1 Eagle!

SRAM EX1 - kaseta 11-48

Poza astronomiczną ceną, oczywistą wadą są przeskoki między kolejnymi biegami – nawet ponad dwukrotnie większe, niż w normalnej kasecie. Do tej pory wmawiano nam, że w miarę płynna zmiana biegów jest w takim przypadku nieosiągalna i jeśli chcemy szerokiego zakresu, trzeba po prostu dodać kolejną koronkę.

Teraz okazuje się, że zakres udało się zwiększyć… cofając się do 1992, kiedy to premierę miał pierwszy 8-rzędowy XTR.

Kompatybilność

Oczywiście EX1 przy starym XTR-ze to zupełnie inna bajka i nie spodziewaj się jakiejkolwiek kompatybilności ze starymi „ósemkami”. SRAM nie wspomina też nic o możliwości mieszania z elementami grup 11-rzędowych. Dlatego wypadałoby się przyjrzeć pozostałym elementom napędu (uprzedzam, że nie są aż tak ciekawe)…

SRAM EX1 shifter

Pozostałe komponenty

Przerzutka EX1 X-Horizon

Wygląda podobnie do wszystkich modeli 11-biegowych. Jeśli miałbym zgadywać, to obstawiałbym, że różnice ograniczają się do dłuższej śrubki ograniczającej wychylenie w stronę miękkich przełożeń, ale na drugi rzut oka widać też inne położenie blokady wózka i najnowszą wersję sprzęgła (Type 3). Producent twierdzi, że przerzutka „została zaprojektowana pod kątem zmian biegów przy niskiej kadencji i pod wpływem dużego momentu obrotowego” – nie mam w rowerze silnika, ale chcę to!

Cena: 165 € / Masa: 289 g (ok. 30 g więcej od tańszego od 30 € GX-a)

SRAM EX1 - przerzutka

Manetka EX1 X-Actuation

Najważniejsza zmiana – da się zmieniać tylko o jeden bieg na raz, co ma dodatkowo zmniejszyć ryzyko uszkodzenia napędu pod obciążeniem. Na niespodziewanych podjazdach będzie więc sporo klikania, ale przy tak dużych przeskokach między biegami, powinno być OK.

Cena: 55 € / Masa: 122 g

SRAM EX1 - manetka

Łańcuch EX1

Szerszy i sztywniejszy, a przez to mocniejszy, dzięki „zwężeniu” kasety o 7 mm i zmniejszeniu przekosów, z jakimi musi sobie radzić. Choć oficjalnie, nie różni się znacznie od modeli 11-rzędowych.

Cena: 30 € / Masa: nie podano

SRAM EX1 - łańcuch

Hamulce Guide RE

To po prostu klamki Guide’ów R sparowane z czterotłoczkowymi zaciskami zjazdowych Code’ów. Wielu riderów samodzielnie montowało sobie takie zestawy, podobne można też znaleźć w seryjnej specyfikacji Speców Demo. Kolejna odpowiedź na realne zapotrzebowanie rynku?

Cena: 145 € / Masa: 415 g

SRAM EX1 - Guide RE


Więcej informacji znajdziesz na stronie producenta.

Podsumowanie: EX1 do enduro?

Mam wrażenie, że to, co oferują tzw. branża zaczęło się w ostatnich miesiącach rozmijać z oczekiwaniami rynku. Chyba fala nienawiści po wprowadzeniu Boosta dała producentom czytelny sygnał: „ej, teraz kurwa przegięliście!”. Nowy napęd SRAM-a jest więc krokiem wstecz.

Hejt po wprowadzeniu Boosta dał czytelny sygnał: „ej, teraz kurwa przegięliście!”

Z marketingowego punktu widzenia jest bezużyteczny, ale potencjalnie może rozwiązywać dużo realnych problemów. Coś podobnego dzieje się teraz z kołami 26″ – okazało się, że ten rozmiar był jednak spoko, tylko potrzebował szerszych obręczy i większych opon. EX1 to taki napęd 8-rzędowy w wersji „plus” – niby taki sam, ale wykorzystujący nowinki wymyślone przez 24 lata od jego wprowadzenia.

Tylko czy EX1 nadaje się do roweru napędzanego nie prądem, a piwem i drożdżówkami? Jeśli jeździsz XC i przywiązujesz dużą wagę do stopniowania kasety, kadencji i owłosienia nóg – pewnie nie. Ja jednak od dawna łapię się na tym, że dużo częściej niż nie, zmieniam po 2 biegi na raz. Więc potężne, 30-procentowe przeskoki między przełożeniami tylko ułatwiłyby mi życie. A ile osób chętnie poświęciłoby kilkadziesiąt gramów na rzecz wytrzymałości i trwałości?

SRAM EX1

Coś czuję, że SRAM po prostu bada rynek dla kolejnej, uproszczonej linii napędów. E-MTB to tylko przykrywka, pozwalająca uniknąć trudnych pytań na temat sensowności niedawno wprowadzonego, 12-rzędowego Eagle’a. Przyklejone do EX1 hasła marketingowe wprost zmuszają do refleksji: „hej, przecież to wszystko jest spoko nawet bez żadnego silnika!”.

Więc nawet jeśli nienawidzisz e-MTB*, to EX1 może być najlepszą rzeczą, jaką elektryki wniosły do rowerów nie-e-MTB.

SRAM EX1 derailleur


* nie chciałbym tu kolejny raz wnikać w dyskusję na temat sensu e-bike’ów – szerzej pisałem o tym tutaj. Chętnie jednak przeczytam Twoją opinię na temat sensowności zastosowania EX1 w zupełnie normalnym rowerze.


Zobacz też podobne posty (a jeśli ten Ci się spodobał, udostępnij proszę na twarzoksiążce!):

 

  1. chętnie bym sprawdził, kto mi kupi :-D

  2. Razem z plusami zapakuje to do starego Focusa 26″. Oczywiście jak tylko cena zrobi się bardziej przyjazna. Czyli za rok ;)

  3. SRAM zawstydził SHIMANO i ich „MEGARANGE”… :) 48 zębów na dużej koronie z tyłu…?! To już niemalże track-stand, tylko z pedałowaniem. Pewnie można tym uskuteczniać fajne wspinaczki…

  4. Obawiam się, że „utwardzana stal narzędziowa” to powód, dla którego większość takich riderów jak my, jednak tej grupy nie kupi. Prawdopodobnie waga tej kasety będzie 2x większa niż aktualnego X01.

  5. CZyli z moją aktualną kasetą 11-50 na 10biegów całkiem dobrze wpisałem się w nowy trend ;)Może nie poszedłem, aż tak radykalnie z redukcją ilości przełożeń ale ze stopniowaniem ok.30% się zapoznałem – da sie to przeżyć ;) Tylko moja kaseta to przyzwoite 405g :)

  6. Mogli iść na całość i dać 10-48 :) Jak dla mnie idealnym zestawieniem na ten moment jest 10sp z 11-42.

    1. ale to nie jest ‚dla Ciebie’, tylko dla e-bike’ów
      gdzie zupelnie inne sily wystepuja (10z by nie przezyla) i zupelnie inaczej wyglada jazda

  7. ja stawiam ze to glownie dla wytrzymalosci, a oczywiscie malo zebatek z duzym przeskokiem, to dlatego ze na ebike’u przyspieszasz o niebo lepiej, stad nie chcesz co chwila zmieniac po 2-3 biegi

Dodaj komentarz do tekstu SRAM EX1 – jeden krok wstecz, dwa kroki do przodu?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Hajlajtsy: Joy Ride Festiwal Kluszkowce 2016

Hajlajtsy, Zawody / 

Z zeszłorocznego festiwalu w Kluszkowcach najbardziej zapamiętałem to, że enduro dołączyło w końcu do grona liczących się dyscyplin. W tym roku postanowiłem odwrócić nieco tendencję, samemu dołączyć do większości i wystartować… w maratonie!


Maraton Cyklokarpaty

Nie no, serio wystartowałem! Co prawda na dystansie hobby, więc dla prosów, z prawdziwym maratonem niewiele miało to wspólnego, ale trudno. Nazywało się „maraton”, zmęczyłem się, wiec liczy się! Start był częścią testu Krossa Dust 3.0, który będziesz mógł przeczytać już niedługo.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - maraton 1

Obcisłym gatkom mówimy nie!

Jak było? Trochę inaczej. Trochę bardziej kondycyjnie. Trochę… nudniej. Trasa była typowa dla maratonów, zwłaszcza tych na krótkim dystansie. Czyli łatwa. Pewnych rzeczy żaden szanujący się endurowiec nie jest w stanie wybaczyć (zjazdy asfaltem!!!), ale sytuację znacznie poprawiło błoto po sobotnich opadach, które nadało pazura zazwyczaj prostym szlakom.

Tutaj mały apel do czytających to maratończyków: jadąc na zawody MTB, wrócisz do domu brudny! Zwalnianie do zera przed kałużami błota nie ma większego sensu…

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - maraton Cyklokarpaty

Większość z 30 km było stopniowym, mocno interwałowym zdobywaniem szczytu Lubania (w sumie ponad 1000 m przewyższenia), spod którego zjazd był główną okazją do wyszalenia się, choć i po drodze znalazło się parę szybkich sekcji. Takie trochę enduro w starym stylu. Jeśli jesteś ciekaw trasy, możesz zobaczyć ją tutaj.

Maraton był tylko sposobem na odreagowanie po enduro

Do startu w maratonie podszedłem na dużym luzie i bardzo mnie ucieszyło, że większość jadących ze mną osób również. Nie czułem aż takiej spiny, jak zapamiętałem z paru moich dawniejszych startów. Można było pogadać i nikt nie ryczał „LEWA!!!”. Było nawet dużo wypychów – nie odpuściłem żadnego! Może po prostu jechałem w tak wolnej grupie…? Nieważne. W końcu niedzielny maraton był tylko sposobem na „dojechanie się” i odreagowanie po sobotnim enduro.

Kellys Enduro

Ha! Chyba nie myślałeś, że pojechałbym na festiwal tylko po to, żeby ścigać się z golinogami? ;) Głównym punktem programu były oczywiście sobotnie zawody Kellys Enduro, organizowane we współpracy z ekipą Enduro Trails. Ze względu na dupiaty termin, odpuściłem ich pierwszą w sezonie imprezę w Bielsku-Białej, więc tym bardziej cieszyłem się na rywalizację na płynnych singlach masywu Lubania. Zwłaszcza, że mój zeszłoroczny start był jednym z najmniej udanych – więc miałem tu rachunki do wyrównania. Czy się udało? Ani trochę!

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - enduro

Fot. Joy Ride (Piotr Staroń / Przemek Kita)

Zawody jechałem w 100% on-sight, bo postanowiłem w tym roku wyluzować ze startami i nie poświęcać na nie urlopu. Niektórzy zawodnicy wrzucali na fejsa fotki z treningów już we wtorek, więc było to pewną przeszkodą… W niewielkim stopniu pomógł fakt, że trasa była niemal identyczna jak w zeszłym roku.

Rozmowy skupiały się na dwóch tematach: pogodzie i organizacji

Czy niezmieniona trasa to wada? Z turystyczno-poznawczego punktu widzenia tak. Z punktu widzenia zawodniczego – też. Sytuację diametralnie zmienił jednak deszcz, przez który nikt w zasadzie o trasie nie wspominał. Rozmowy skupiały się na dwóch tematach: pogodzie (i to bynajmniej nie z braku lepszego tematu konwersacji) i organizacji…

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - błoto

Fot. Joy Ride (Piotr Staroń / Przemek Kita)

Pogoda

W sobotę o 3-ciej w nocy zaczęło lać i przestało dopiero wieczorem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się startować przy deszczu padającym cały dzień bez przerwy – zawsze trochę popada, a zaraz potem poświeci słoneczko, dzięki czemu można wyschnąć i poprawić sobie humor przed kolejnym opadem. W Kluszkowcach przemoczony byłem już w drodze do miasteczka zawodów, a potem było już tylko gorzej…

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - rzeka

Przynajmniej na zawodach nie trzeba było się martwić przemoczeniem butów i poplamieniem koszulki.

Jednak sam fakt przemoczenia i wyziębienia nie był aż takim problemem – w końcu taka właśnie jest tradycyjna „pogoda enduro”! Problem w tym, że kiepskie nastroje w połączeniu z ekstremalnymi warunkami na trasie bezwzględnie obnażyły wszelkie braki organizacyjne. A tych było sporo…

Organizacja

Fatalna pogoda, spora liczba zawodników do ogarnięcia, konieczność wpasowania formuły zawodów w festiwal – organizator nie miał łatwego zadania i niestety nie udało mu się z niego wywiązać… Wśród najpoważniejszych wtop, rozczarowani zawodnicy wymieniali:

  • Odwołanie OS3 – wbrew obiegowej opinii, nie było spowodowane problemami z dowiezieniem sprzętu do pomiaru czasu na start odcinka, tylko obawami związanymi z dwoma trudnymi ściankami na trasie. Dbałość o bezpieczeństwo zawodników zaliczam na plus, ale już w zeszłym roku ratownicy mieli tam co robić, więc sensownie było nieco zmodyfikować trasę, lub chociaż mieć w zanadrzu objazdy, na wypadek trudnych warunków.
  • 4-godzinna przerwa przed ostatnimi dwoma OS-ami – przerwa logistyczna w połowie zawodów była planowana, ale odwołanie OS3 wydłużyło ją niemiłosiernie. Zwłaszcza, że większość osób tłoczyła się w przemoczonych ubraniach w przeładowanej knajpie. Według organizatora, przyspieszenie reszty zawodów wprowadziłoby dodatkową dezinformację wśród zawodników. Podpowiadam rozwiązanie na przyszłość: jeden SMS wysłany na numery telefonów podawane przy rejestracji i już dezinformacji nie ma.
  • Zmieniona numeracja odcinków – w opisie trasy i na mapce widniały 4 odcinki. Jakież było zdziwienie wszystkich, kiedy okazało się, że jednak jest ich pięć! OS1 polegał tylko na zameldowaniu się na starcie, a pierwszym odcinkiem w górach był OS2. Wprowadziło to duże zamieszanie – po odwołaniu OS3 (dawniej OS2), większość osób była przekonana, że chodzi o… OS4 (dawniej OS3). Nadążasz? Wujek dobra rada część trzecia: zgodnie z regulaminem, odcinek specjalny to część trasy z pomiarem czasu. Pokazanie się na starcie NIE jest odcinkiem specjalnym. Ja jak już musi nim być, niech się nazywa „OS0”.
  • Zakręcona lista startowa – sytuację dodatkowo skomplikował fakt, że na liście startowej były podane czasy startu na… OS2. Więc o której trzeba się zameldować na starcie („OS1”), trzeba było sobie policzyć samemu. Osoby z końca listy musiały czekać na wyczytanie ponad 2 godziny – możecie sobie wyobrazić mój nastrój po pobudce o 6:45 (żeby zdążyć do biura zawodów), oczekującego na start, na zimnie i w deszczu, do 11:10.
  • Kolejność startu – była dość nietypowa, bo czołówka – jak sama nazwa wskazuje – startowała na samym końcu. Co więcej, w piątkowym nieobowiązkowym prologu, teoretycznie można było sobie wywalczyć lepsze miejsce na liście. „Teoretycznie”, bo ostatecznie wyniki prologu nie były brane pod uwagę.
  • Nierespektowanie własnych reguł – w zeszłym roku w Kluszkowcach zaliczyłem bolesną glebę przez zmianę otaśmowania trasy tuż przed moim przejazdem. Napisałem wtedy: „nie zmienia się reguł w trakcie gry!”. Niestety w tym roku było jeszcze gorzej – kolejność z listy startowej posypała się już na starcie, bo kiedy okazało się, że „OS1” polega tylko na przeczytaniu nazwiska (a nie np. podpisaniu listy, jak oficjalnie zapowiadano), sporo osób ruszyło na trasę bez czekania na swoją kolej. Dalej było klasycznie: kto pierwszy, ten lepszy.
Joy Ride Festiwal Kluszkowce - enduro

Fot. Joy Ride (Piotr Staroń / Przemek Kita)

Czy to poważne uchybienia, oceń sam. Moim zdaniem, przy pięknej, słonecznej pogodzie, spokojnie można by przymknąć na to wszystko oko i cieszyć się dniem spędzonym na rowerze w górach. Ale w sytuacji, kiedy cały dzień leje, a startują tylko największe pojeby zapaleńcy, oczekiwania co do sprawnego przebiegu zawodów rosną.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - enduro

Fot. Joy Ride (Piotr Staroń / Przemek Kita)

Festiwal

No dobra, koniec narzekania – co ciekawego działo się poza enduro? Na miejsce przyjechało około 2 tysięcy uczestników. Do wyboru mieli oni 9 dyscyplin:

  • enduro;
  • maraton;
  • downhill;
  • dual-slalom (ostatecznie solo-slalom przez trudne warunki);
  • pumptrack;
  • slopestyle (odwołany);
  • flybag (odwołany);
  • whip-contest.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - downhill

Dziewiąta dyscyplina to wspomniany już Bike Sprint, czyli coś nowego, a skierowanego między innymi do endurowców – był to bowiem nieobowiązkowy, rozgrywany w piątkowe południe prolog do zawodów enduro. Sprint to 1,3-kilometrowy wyścig składający się z krótkiego uphillu szutrową drogą na Wdżar i zjazdu trasą typu flow (nowa Green Line). Niestety i tutaj pogoda pokrzyżowała plany i wystartowało całe… 11 osób.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - miasteczko zawodów

Poza zawodami było też sporo konkursów, w których można było zgarnąć gratisy m.in. od Foxa, Shimano czy Bike On Wax. Prawie jak na Sea Otter! Zwłaszcza, że wystawców nie brakowało – w sumie można było zajrzeć do 57 namiotów, w tym dużo interesujących dla endurowców (kolorowe ciuszki! ;)).

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - targi 2

Jeśli startować Ci się nie chciało, a mierzenie koszulek już Ci się znudziło, mogłeś też wybrać się z przewodnikiem na jedną z wycieczek po okolicy. Oczywiście nie zabrakło też możliwości testowania rowerów, których w tym roku do wyboru było aż… 151! Niestety nie można było „przygarnąć” roweru na cały dzień, ale kilka godzinnych przejażdżek na różnych sprzętach to i tak nieoceniona dawka wiedzy, jeśli przymierzasz się do zakupu nowego roweru lub masz problem z doborem rozmiaru.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - testy


Podsumowanie

236 zarejestrowanych, na mecie: 118. Te liczby najlepiej podsumowują, jakim wyzwaniem były zawody Kellys Enduro. Czy połowa, która została w domu, ma czego żałować? Cóż, powiedzmy że te zawody zdecydowanie były questem, za którego można było zgarnąć dużo punktów doświadczenia. Było też sporo fajnych aspektów, jak latanie bokiem na co drugim zakręcie i kibice, którzy mimo ulewy pojawili się na trasie (szacun!). Ale jak mam być szczery, lepiej bawiłem się na niedzielnym maratonie… A jak już wspomniałem, słowa „zabawa” i „maraton” rzadko występują w jednym zdaniu.

Zawody enduro były questem, za którego można było zgarnąć dużo punktów doświadczenia

Czy cały Festiwal był więc nieudaną imprezą? Absolutnie nie. Festiwal to nie tylko enduro. Nazywanie JoyRide Festiwalu „rowerowym świętem” jest już niepotrzebnym, oklepanym sloganem, bo jak w jedno miejsce zjeżdżają się 2 tysiące bikerów, od maratończyków przez endurowców, aż po slopestylowców – musi być grubo. I tak też było! Dzięki takim imprezom raz na jakiś czas można zapomnieć o debatach na temat nazw dyscyplin, standardów i marketingu – i po prostu wspólnie do upadłego jeździć.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - błoto

A propos jeżdżenia do upadłego – jak się spisała moja formuła 2-dniowego ścigania? Przy zapisywaniu się, wyglądało to na dobry pomysł. W końcu dwa dni emocji to lepiej, niż jeden, prawda? I choć w niedzielę, na pierwszym podjeździe, moja odpowiedź zdecydowanie brzmiała „nieprawda!”, to jednak polecam Ci przy najbliższej okazji spróbować :) Na wyniku maratonu wprawdzie totalnie mi nie zależało, ale atmosfera „peletonu” robi swoje i ostatecznie zaliczyłem lepszy wynik, niż w enduro…

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - myjka

Fot. Joy Ride (Piotr Staroń / Przemek Kita)

O tym, czy warto w ogóle wpaść na maraton, jeszcze napiszę. A póki co, marzą mi się dwudniowe zawody enduro, jak na EWS. Ciekawe, który organizator pierwszy podejmie to wyzwanie? Może JoyRide 2017…? Żeby zatrzeć złe wrażenia po tegorocznym Kellys Enduro, zdecydowanie przydałaby się coś nowego!


Dodano 18.05.2016

Organizator odpowiedział na stawiane mu przez zawodników zarzuty i… zaprosił ich wszystkich na zawody w Zakopanem z wpisowym za free! Brawo za przyznanie się do wtopy i poważne podejście do tematu. Widzimy się więc 25-26 czerwca na Joy’u w Zako!


Joy Ride Festiwal Kluszkowce 2016


Wyniki znajdziesz tutaj:


Zdjęcia (wszystkie, jakie udało mi się znaleźć – lista aktualizowana na bieżąco!):


 

  1. Fajnie, że tegoroczne enduro wygrał „człowiek znikąd” :)

    1. Ej ej, Piekara cisnął mocno w DH na długo zanim enduro zaczęło być modne w Polsce. To bynajmniej nie jest człowiek z znikąd.

  2. Robert Piekara to w całe nie jest człowiek znikąd a chłopak z Podhala z mega skillem i szybkością co udowadniał juz podczas zeszłorocznego Joy Ride w Zakopanem.

    Fajnie napisany artykuł. Brak OS spod Lubania zostawia niedosyt. Przejechanie całości dawałaby jeszcze większe poczucie szaleństwa.

    1. Otóż to, skoro zapłaciłem za produkt i to nie mały piniądz, poświęciłem swój czas, energię i znów nie mały piniądz na trening, a tu nagle mi ktoś rano mówi, że sorry, ale nie ma tego co kupiłeś, to albo mi się zwraca kasę (noclegi, paliwo, czas za treningi, zamiast w pracy), albo oferuje produkt niezależnie od pogody, bo deszcz to nie klęska pokroju trzęsienia ziemi…

      Tym sposobem, kolejna już seria zawodów enduro na mnie nigdy nie zarobi… cóż, o klienta trzeba dbać…
      I jak tak patrzę na kolejne już zawody enduro w naszym kraju to myślę sobie, że chyba osiągnięto apogeum i nastąpi powolny regres w startujących… niestety, ale za podwyżkami startowego nie idzie podnoszenie jakości oferty. Chyba nawet jest odwrotnie. A szkoda :/

  3. Trzeba było pojechać maraton na dystansie mega – kilka zjazdów mogło swobodnie rywalizować z oesami enduro – piękny błotny hardcore włącznie ze zjazdem dnem płynącego potoku. mniam :)

    1. No wiem, wiem… Zawsze najciekawsze fragmenty są zarezerwowane dla mega/giga, tylko jeszcze trzeba mieć siłę, żeby do nich dojechać ;) Ale jest to w planach na ten sezon.

  4. Michau, twoje wyznania jednoznacznie dowodzą, że jesteś krypto-golinogą, a nie jakieś tam enduro. Przestań udawać, wyjdż w końcu z szafy, załóż obcisłe, lajkrowe gacie, które tak wspaniale podkreaślają twoje ciało i zacznij żyć w prawdzie a nie zakłamaniu.

  5. Oczywiście było grubo i wypych na OS3/OS4 w strugach deszczu czy końcówka OS4 na długo pozostaną w mojej pamięci. Pozostanie w niej również ten „genialny” pomysł odwołania OS2 i brak przesunięcia czasowego. Zaprawdę powiadam Wam, nie ma to jak posiedzieć 4 godziny w przemoczonych ciuchach kiedy to mięśnie stygną. A wystarczyło dac znać każdemu na starcie OS1.

  6. Na zdjęciu testówek dartmoora widać ich nowego fulla (ten z numerem 49). Przyjrzałeś sie mu dokładniej?

  7. Wiemy, że było sporo niedociągnięć, które nie powinny mieć miejsca, dlatego w ramach przeprosić zapraszamy startujących riderów za darmo na kolejną edycje do Zakopanego:
    http://joyride.pl/2016/05/oswiadczenie-joya-w-sprawie-kellys-enduro-w-kluszkowcach/

  8. Pieprzyć zawody, tylko chcą zarabiać na tym co kochamy. Lepiej z kumplami ustawke w górach zrobić. Jeżdziłem Cyklokarpaty, ale stwierdziłem ,że cena do jakości i oznaczenia tras to kicha. Myślałem o enduro, ale jak takie zawody i dają dupy to za takie wpisowe to wole sam po lesie pojezdzić i kase przechlać. Yo.

Dodaj komentarz do tekstu Hajlajtsy: Joy Ride Festiwal Kluszkowce 2016

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Strava to zło!!! Czy nie…?

Opinie / 

W zeszłym tygodniu internety zepsuła wiadomość, że jeden z kalifornijskich samorządów zbanował rowerzystów z rezerwatu Byrne. Sam rezerwat na przedmieściach Los Altos raczej nikogo w Polsce by nie zainteresował, gdyby nie argument, który zaważył na tej decyzji: Strava. Prędkości zarejestrowane przez użytkowników tej aplikacji posłużyły za dowód potwierdzający obawy pieszych i konnych turystów, którzy czuli się zagrożeni przez bikerów przekraczających 50 km/h.

Oczywiście kontrowersyjna decyzja zza oceanu to tylko wymówka do odgrzebania dyskusji o Stravie, która toczy się od lat. Czy Strava zabija ducha MTB? Czy jest dobrym narzędziem treningowym? Czy wszyscy rowerzyści to kretyni? To pytania, których nie należy bagatelizować.


Czym jest Strava?

To aplikacja na smartfony stworzona jako narzędzie do rejestracji treningów. Początkowo była skierowana głównie do szosowców, ale od jakiegoś czasu korzystają z niej też osoby jeżdżące MTB. Ogólna zasada działania jest podobna do Endomondo – GPS zapisuje Twoją trasę, przewyższenia, prędkość i czas jazdy. Po zakończonej jeździe, dane są automatycznie wysyłane do portalu społecznościowego, dzięki czemu możesz łatwo do nich wrócić i przeanalizować (lub pochwalić się na Facebooku).

Strava logo

Co jednak odróżnia Stravę od Endormondo i innych loggerów, to rywalizacja. Najciekawsze odcinki dróg i szlaków – rozrzucone po całym świecie – są oznaczone jako Segmenty, czyli po naszemu: OS-y. Czas Twojego przejazdu na Segmencie jest mierzony automatycznie i publikowany na tablicy wyników, dzięki czemu możesz porównać swoje osiągnięcia z innymi użytkownikami. Autor najszybszego przejazdu dzierży tytuł KOM (King of the Mountain) lub QOM (Queen of the Mountain) – stawka jest więc wysoka!


Strava zabija MTB…

Choć idea działania brzmi niewinnie, Strava ma równie duże grono miłośników, co zagorzałych przeciwników. Ci drudzy wytykają tym pierwszym, że:

1. Strava prowokuje kretyńskie zachowania na szlaku

Kiedy pojawia się tykający w głowie zegar, łatwo jest przekroczyć cienką linię między dobrą zabawą a byciem dupkiem. Pół biedy, jeśli dotyczy to jazdy po trasie zarezerwowanej dla rowerzystów, choć nerwowe okrzyki „LEWA MOJA!!!” i niebezpieczne wyprzedzanie innych użytkowników Twistera to też niezła wiocha.

Gorzej, jeśli cierpią na tym osoby postronne, czyli przede wszystkim turyści na ogólnodostępnych szlakach pieszych. „Ścigant” zapierdalający jak gepard na kokainie, metr od rodziny z trójką dzieci na niedzielnym spacerze, raczej nie robi dobrej opinii rowerzystom… A pamiętaj, że nawet jeśli tego samego dnia rodzinka ta spotka trzydziestu innych, miłych i kulturalnych bikerów – i tak zapamięta jednego idiotę.

2. Strava psuje wycieczki

Jeśli na tripie znajdzie się jedna osoba uzbrojona w Stravę, zawsze będzie narzucała tempo nie mające nic wspólnego z przyjemnością. Do tego spina i ciągłe spoglądanie na telefon. Dobre czasy na Stravie nie idą w parze z dobrymi czasami z kumplami.

3. Strava ujawnia tajne trasy

Właśnie własnymi siłami zbudowałeś zajebisty, ukryty głęboko w lesie odcinek singla? To tylko kwestia czasu, zanim ktoś przypadkiem na niego trafi i opublikuje ślad z przejazdu na Stravie. Jeśli jest wyjątkowym idiotą, oznaczy go nawet jako Segment i kolejnego dnia na Twojej ścieżce odbędą się nieoficjalne mistrzostwa niespełnionych zawodników walczących o KOM-a. Kolejnym krokiem jest oczywiście zauważenie tego przez lokalne władze i zrównanie Twojego nielegalnego dzieła z ziemią – o ile nie zrobią tego sami bikerzy.

4. Strava niszczy trasy

Ścinanie zakrętów wywołuje wystarczające kontrowersje na zawodach, żebyśmy nie musieli wałkować tego samego na zwykłych tripach. Zwłaszcza na z trudem wyrzeźbionych singlach, na których urywanie sekund przez ścinanie band i jazdę poza główną linią ścieżki powoduje trwałe zniszczenia.

5. Strava prowadzi złodziei za rączkę do Twojego domu

Pod tym względem Strava i tak jest niezła, bo umożliwia włączenie „strefy prywatnej” (więcej o tym niżej), ale jeśli nie korzystasz z tej opcji, bardzo precyzyjnie można określić Twój adres zamieszkania, a w domyśle – gdzie trzymasz ten zajebisty rower ze zdjęć wrzuconych na fejsa razem z trackiem z wycieczki.

Strava - Segment Twister


…ale też buduje

Ale skupianie się tylko na wadach przypomina zachowanie osób, które doprowadziły do zamknięcia tras rowerowych w Byrne. Strava ma też wiele zalet, które technologiczni amisze usilnie starają się ignorować.

1. Strava jest alternatywą dla licznika

Kiedyś jeździło się z licznikiem na kierownicy, teraz „licznik” ma się w kieszeni i szczegółowe statystyki sprawdza się w domu. W wersji darmowej Strava pokzuje wyniki na Segmentach dopiero jakiś czas po zakończeniu tripa, więc regularne spoglądanie na ekran w czasie wycieczki i tak nie ma większego sensu.

2. Strava to świetne narzędzie do dzielenia się wycieczkami

Jeszcze niedawno, żeby wzbogacić relację z tripa mapą trasy, trzeba było żmudnie przenosić ją z głowy na zeskanowaną lub ukradzioną gdzieś z internetu mapę topograficzną (gimby nie znajo). Dziś wystarczy kilka kliknięć, a enigmatyczne opisy przejechanych tras odeszły w niepamięć – wystarczy pobrać plik GPX. Dla osób szukających inspiracji na kolejnego tripa, Strava jest kopalnią pomysłów.

3. Strava umożliwia łatwy powrót do przejechanych tras

Z tej kopalni często sam korzystam, wracając do tracków sprzed 2-3 lat, żeby przypomnieć sobie np. przebieg trasy grupowych wycieczek z lokalsami, podczas których nie zawsze zna się trasę na pamięć, a chciałoby się ją później odtworzyć samemu.

4. Strava motywuje

Na pewno masz czasem tak, że pod koniec dnia już zwyczajnie Ci się nie chce. Świadomość zbliżającego się segmentu czasem działa jak szpinak na Popey’a i pozwala pocisnąć jeszcze trochę. Pomiar czasu zawsze motywuje do szybszej jazdy przy pełnym zaangażowaniu, a to zawsze dobrze przekłada się na banana na twarzy. Skill i kondycja też na pewno na tym nie ucierpią.

5. Strava daje możliwość pościgania się w dowolnym momencie

Nie każdy lubi rywalizację, ale sądząc po rosnącej liczbie uczestników zawodów, sporo z nas jednak ma ochotę czasem się pospinać. Dzięki Stravie możesz porównać się z kumplami, kiedy tylko chcesz, na swoich ulubionych trasach, za darmo.

Strava - aplikacja mobilna


Jak uczynić Stravę lepszą?

Jeśli jesteś gdzieś pośrodku, czyli korzystasz ze Stravy, ale niektóre z wymienionych rzeczy też Cię wkurzają, skorzystaj z kilku przydatnych opcji prywatności:

  1. Oznaczaj wycieczki jako prywatne. Przy zatwierdzaniu publikowania śladu zaznacz kłódkę, dzięki czemu tylko Ty będziesz miał do niego dostęp on-line. Możesz też zmienić widoczność swoich wcześniejszych wycieczek.
  2. Ustaw „strefę prywatności”. Wpisz adres z okolicy swojego domu i promień, w jakim ślad trasy będzie ukrywany. Dzięki temu kilometry zostaną zliczone, ale początek i koniec wycieczki będzie niewidoczny m.in. dla złodziei.
  3. Zrezygnuj z udostępniania swoich danych w programach Metro/Heatmap. To wymarzone narzędzie dla władz lokalnych namierzających nielegalne trasy najczęściej odwiedzane przez rowerzystów.

Podsumowanie: czy Strava to zło?

Cóż, definitywna odpowiedź to… może. 

Zanim powstała Strava, też jeździliśmy szybko i nieodpowiedzialnie, wkurzając spokojniejszych riderów i pieszych turystów. Przesuwanie własnych granic i szybka jazda jest jednak nieodłącznym elementem MTB i powodem, dla którego wszyscy to robimy – ze Stravą czy bez. I nie mówię tu o zawrotnych prędkościach pozwalających wygrywać zawody. Dla biernego turysty-obserwatora, nasza ostrożna jazda po kamienistym górskim zjeździe, prawdopodobnie i tak jest szczytem brawury i nieodpowiedzialności.

Ogólnie jednak Strava jest spoko – tylko ludzie są do dupy. Niestety, tak jak ze wszystkim, ostatecznie niezbędny jest zdrowy rozsądek.

To nie Strava powoduje, że większość z nas ma problem ze zwolnieniem do zera przy mijaniu turystów i powiedzeniem „dzień dobry” i „dziękuję”, jeśli będą na tyle mili, żeby zejść na bok szlaku. To nie Strava powoduje, że niszczymy trasy ścinając zakręty. I to nie Strava powoduje, że chcemy jeździć jak najszybciej.

Strava jest tylko narzędziem – jak zostanie wykorzystane, zależy tylko od Ciebie. Obwinianie apki na telefon jest równie mądre, co obwinianie kompasu za odkrycie Ameryki.


Zobacz też powiązane artykuły:

 

  1. Zostań namówiony do używania stravy. Zapomnij wyłączyć monitorowanie, zdrzemnij się w lesie. Dostań miano najwolniejszego rajdera w okolicy… Polecam (śr. prędkość 2.1 km/h)

  2. Trzeba pamiętać, że Strava bardzo mocno zniechęca do ścigania się na segmentach o nachyleniu poniżej -0,5% (czy jakoś tak), a ich mottem jest ‚Ride safe’. Brzmi to może jak slogan albo moralny dupochron, ale np. niemożliwe jest chociażby utworzenie ‚segment goal’ na segmencie zjazdowym, Strava piluje też, aby inne aplikacje bazujace na Strava API (np. VeloViewer) nie prowadziły rankingów na segmentach o ujemnym nachyleniu (znane mi są przynajmniej dwa przypadki wycofania funkcjonalności z aplikacji 3rd party bazującej na Strava API na wniosek samej Stravy, ponieważ potencjalnie zachęcały do niebezpiecznych zachowań). Co prawda dopóki istnieją leaderborsy na segmentach ‚downhilowwych’, tak długo będzie prowadzona na nich rywalizacja przez ludzi mniej i bardziej odpowiedzialnych. Ale to nie jest wina aplikacji. Można przytoczyć argument zwolenników (albo przeciwników) dostepu do broni: „Bo przecież nie winą noża ani pistoletu jest to, że ludzie przy ich pomocy zabijają”. Ludzie są w tym całym równaniu największym problemem, zwalanie winy na aplikację to jak dziecko mówiące w piaskownicy: ‚Bo Antek sypał inne dzieci piachem w oczy, to ja też!’.

  3. cyt. „Strava jest spoko – tylko ludzie są do dupy.” !!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  4. Jest jeszcze jedna fajna rzecz w Stravie- możliwość dodania roweru (łącznie z częściami składowymi) i monitorowanie przebiegu wszystkich elementów.

    Masz rację, że to wina ludzi a nie apki- w końcu skoro były skargi to koniec końców nawet bez dowodów w postaci zarejestrowanych tras mogło się to skończyć w ten sam sposób.

  5. Na yt można sporo filmików zobaczyc jak koledzy na banie lecą koło pieszych. Ja na szlakach z 40kmh hamuje do 5kmh zeby nie straszyć. Ale strawa faktycznie obudziła we mnie ducha rywalizacji. Na pewnym zjezdzie brakuje mi 4s. Ale faktycznie większość segmentow to podjazdy.
    Niech rozum będzie znami.
    A single to wsypuje trialfork.

    1. Hmm nie przypuszczałem, że Trailforks może być tak postrzegany. W sumie tylko raz dostałem prośbę od trailbuildera o usunięcie ścieżki (argumentowaną śmieceniem przez rajderów). Większość ścieżek to naturalne single, ścieżki zgłaszane przez samych builderów, linie z zawodów czy też w pełni legalne traile i bike parki.

      Pozdrawiam,
      przemek

  6. Spójrzcie tylko na stronę startową Strava: „The Social Network for Athletes” …. Zapytam tylko czy to jest przestrzeń dla riderów mtb, enduro, all-mountain..?

  7. Jako początkujący użytkownik MTB (jeżdżę dopiero półtora roku) Strava jest dla mnie przede wszystkim narzędziem:
    – generującym banana na gębie po każdym zdobytym pucharku
    – motywującym mnie – bo jeśli followujesz ludzi o podobnym skillu to wzajemnie się motywujecie swoimi czasami żeby przejechać Stary Zielony lub ET2015 OS1 jeszcze szybciej
    – pokazuje mi że jestem lepszy od samego siebie wczoraj – a to po prostu powienien być cel w życiu, być lepszym od samego siebie dzień wcześniej
    Używam Stravy tylko jako upload z zegarka Suunto po skończonym dniu jeżdżenia, więc nie spinam się na segmenty online, a jedynie na spokojnie wieczorkiem przy kubku odżywki białkowej przechodzę przez zapis w poszukiwaniu „PR-ek” :)

    BTW, hitem dla mnie są zapisy ze stravy której ktoś zapomniał wyłączyć i wsiadł do samochodu i wrócił do domu.

    1. Mam znajomego, który w ten sposób zgarnął kilka KOMów na Ślęży szoszonom :D

      1. Też mi się to zdarza, narzędzie do przycinania śladu mam obcykane ;) Niestety umożliwia ono ucięcie tylko początku i końca, więc jeśli zapomni się włączyć pauzę np. podczas podwózki autem między zjazdami (vide Srebrna Góra), to pozostaje ustawienie treningu jako prywatny…

  8. Nie podałeś elementu, że dużo prosów jeździ na Stravie i można się porównać z np Michałem Kwiatkowskim na podjeździe gdzieś w górach.
    Ja wszystko zliczam na Stravie ale telefon z aplikacją mam w kieszonce na plecach lub gumka chińska i na kiere – wtedy korzystam tylko z wystyczonego śladu na Route Creatorze (co zastępuje nawigację i mozolne rysowanie śladów na GPX).
    Jak poprosisz o GPXa jakiegoś lokalesa przed wyjazdem np w góry to wiesz gdzie można fajnie się powłóczyć a dodatkowo porównujesz się z całym światem.

    1. Z Kwiatkowskim nie można się już porównać, bo mu szefostwo zabroniło upubliczniania jazd na Stravie.

  9. Bardzo dobrze ujęty temat. Wszystko jest dla ludzi, byle z rozsądkiem i umiarem,

    Pozdrawiam,
    Przemek

  10. Chyba nikt nie wspomniał o Digital Epo…

  11. Porównywanie czasów na trasach MTB(na Stravie) jest bez sensu, bo masz inne warunki jazdy niż poprzednicy i nawet trasa sie różni bo np jest rozjechana. Na szosie to ma sens i jest fajnym uzupełnieniem treningu.

  12. „Ustaw „strefę prywatności”. Wpisz swój adres domowy i promień, w jakim ślad trasy będzie ukrywany. Dzięki temu kilometry zostaną zliczone, ale początek i koniec wycieczki będzie niewidoczny m.in. dla złodziei.” – to akurat rada do bani. Nie wolno podawać swojego adresu, bo złodziej znając promień strefy prywatności (są chyba 3 do wyboru?) bez problemu zidentyfikuje twój dom – wystarczy cyrkiel (może i wirtualny ;) i podstawy geometrii. Podaje się adres niedaleko domu, ale nigdy dokładny.

    1. Dzięki za sugestię, poprawione :)

Dodaj komentarz do tekstu Strava to zło!!! Czy nie…?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top