Hajlajtsy: Joy Ride Festiwal Kluszkowce 2016

Hajlajtsy, Zawody / 

Z zeszłorocznego festiwalu w Kluszkowcach najbardziej zapamiętałem to, że enduro dołączyło w końcu do grona liczących się dyscyplin. W tym roku postanowiłem odwrócić nieco tendencję, samemu dołączyć do większości i wystartować… w maratonie!


Maraton Cyklokarpaty

Nie no, serio wystartowałem! Co prawda na dystansie hobby, więc dla prosów, z prawdziwym maratonem niewiele miało to wspólnego, ale trudno. Nazywało się „maraton”, zmęczyłem się, wiec liczy się! Start był częścią testu Krossa Dust 3.0, który będziesz mógł przeczytać już niedługo.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - maraton 1

Obcisłym gatkom mówimy nie!

Jak było? Trochę inaczej. Trochę bardziej kondycyjnie. Trochę… nudniej. Trasa była typowa dla maratonów, zwłaszcza tych na krótkim dystansie. Czyli łatwa. Pewnych rzeczy żaden szanujący się endurowiec nie jest w stanie wybaczyć (zjazdy asfaltem!!!), ale sytuację znacznie poprawiło błoto po sobotnich opadach, które nadało pazura zazwyczaj prostym szlakom.

Tutaj mały apel do czytających to maratończyków: jadąc na zawody MTB, wrócisz do domu brudny! Zwalnianie do zera przed kałużami błota nie ma większego sensu…

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - maraton Cyklokarpaty

Większość z 30 km było stopniowym, mocno interwałowym zdobywaniem szczytu Lubania (w sumie ponad 1000 m przewyższenia), spod którego zjazd był główną okazją do wyszalenia się, choć i po drodze znalazło się parę szybkich sekcji. Takie trochę enduro w starym stylu. Jeśli jesteś ciekaw trasy, możesz zobaczyć ją tutaj.

Maraton był tylko sposobem na odreagowanie po enduro

Do startu w maratonie podszedłem na dużym luzie i bardzo mnie ucieszyło, że większość jadących ze mną osób również. Nie czułem aż takiej spiny, jak zapamiętałem z paru moich dawniejszych startów. Można było pogadać i nikt nie ryczał „LEWA!!!”. Było nawet dużo wypychów – nie odpuściłem żadnego! Może po prostu jechałem w tak wolnej grupie…? Nieważne. W końcu niedzielny maraton był tylko sposobem na „dojechanie się” i odreagowanie po sobotnim enduro.

Kellys Enduro

Ha! Chyba nie myślałeś, że pojechałbym na festiwal tylko po to, żeby ścigać się z golinogami? ;) Głównym punktem programu były oczywiście sobotnie zawody Kellys Enduro, organizowane we współpracy z ekipą Enduro Trails. Ze względu na dupiaty termin, odpuściłem ich pierwszą w sezonie imprezę w Bielsku-Białej, więc tym bardziej cieszyłem się na rywalizację na płynnych singlach masywu Lubania. Zwłaszcza, że mój zeszłoroczny start był jednym z najmniej udanych – więc miałem tu rachunki do wyrównania. Czy się udało? Ani trochę!

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - enduro

Fot. Joy Ride (Piotr Staroń / Przemek Kita)

Zawody jechałem w 100% on-sight, bo postanowiłem w tym roku wyluzować ze startami i nie poświęcać na nie urlopu. Niektórzy zawodnicy wrzucali na fejsa fotki z treningów już we wtorek, więc było to pewną przeszkodą… W niewielkim stopniu pomógł fakt, że trasa była niemal identyczna jak w zeszłym roku.

Rozmowy skupiały się na dwóch tematach: pogodzie i organizacji

Czy niezmieniona trasa to wada? Z turystyczno-poznawczego punktu widzenia tak. Z punktu widzenia zawodniczego – też. Sytuację diametralnie zmienił jednak deszcz, przez który nikt w zasadzie o trasie nie wspominał. Rozmowy skupiały się na dwóch tematach: pogodzie (i to bynajmniej nie z braku lepszego tematu konwersacji) i organizacji…

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - błoto

Fot. Joy Ride (Piotr Staroń / Przemek Kita)

Pogoda

W sobotę o 3-ciej w nocy zaczęło lać i przestało dopiero wieczorem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się startować przy deszczu padającym cały dzień bez przerwy – zawsze trochę popada, a zaraz potem poświeci słoneczko, dzięki czemu można wyschnąć i poprawić sobie humor przed kolejnym opadem. W Kluszkowcach przemoczony byłem już w drodze do miasteczka zawodów, a potem było już tylko gorzej…

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - rzeka

Przynajmniej na zawodach nie trzeba było się martwić przemoczeniem butów i poplamieniem koszulki.

Jednak sam fakt przemoczenia i wyziębienia nie był aż takim problemem – w końcu taka właśnie jest tradycyjna „pogoda enduro”! Problem w tym, że kiepskie nastroje w połączeniu z ekstremalnymi warunkami na trasie bezwzględnie obnażyły wszelkie braki organizacyjne. A tych było sporo…

Organizacja

Fatalna pogoda, spora liczba zawodników do ogarnięcia, konieczność wpasowania formuły zawodów w festiwal – organizator nie miał łatwego zadania i niestety nie udało mu się z niego wywiązać… Wśród najpoważniejszych wtop, rozczarowani zawodnicy wymieniali:

  • Odwołanie OS3 – wbrew obiegowej opinii, nie było spowodowane problemami z dowiezieniem sprzętu do pomiaru czasu na start odcinka, tylko obawami związanymi z dwoma trudnymi ściankami na trasie. Dbałość o bezpieczeństwo zawodników zaliczam na plus, ale już w zeszłym roku ratownicy mieli tam co robić, więc sensownie było nieco zmodyfikować trasę, lub chociaż mieć w zanadrzu objazdy, na wypadek trudnych warunków.
  • 4-godzinna przerwa przed ostatnimi dwoma OS-ami – przerwa logistyczna w połowie zawodów była planowana, ale odwołanie OS3 wydłużyło ją niemiłosiernie. Zwłaszcza, że większość osób tłoczyła się w przemoczonych ubraniach w przeładowanej knajpie. Według organizatora, przyspieszenie reszty zawodów wprowadziłoby dodatkową dezinformację wśród zawodników. Podpowiadam rozwiązanie na przyszłość: jeden SMS wysłany na numery telefonów podawane przy rejestracji i już dezinformacji nie ma.
  • Zmieniona numeracja odcinków – w opisie trasy i na mapce widniały 4 odcinki. Jakież było zdziwienie wszystkich, kiedy okazało się, że jednak jest ich pięć! OS1 polegał tylko na zameldowaniu się na starcie, a pierwszym odcinkiem w górach był OS2. Wprowadziło to duże zamieszanie – po odwołaniu OS3 (dawniej OS2), większość osób była przekonana, że chodzi o… OS4 (dawniej OS3). Nadążasz? Wujek dobra rada część trzecia: zgodnie z regulaminem, odcinek specjalny to część trasy z pomiarem czasu. Pokazanie się na starcie NIE jest odcinkiem specjalnym. Ja jak już musi nim być, niech się nazywa „OS0”.
  • Zakręcona lista startowa – sytuację dodatkowo skomplikował fakt, że na liście startowej były podane czasy startu na… OS2. Więc o której trzeba się zameldować na starcie („OS1”), trzeba było sobie policzyć samemu. Osoby z końca listy musiały czekać na wyczytanie ponad 2 godziny – możecie sobie wyobrazić mój nastrój po pobudce o 6:45 (żeby zdążyć do biura zawodów), oczekującego na start, na zimnie i w deszczu, do 11:10.
  • Kolejność startu – była dość nietypowa, bo czołówka – jak sama nazwa wskazuje – startowała na samym końcu. Co więcej, w piątkowym nieobowiązkowym prologu, teoretycznie można było sobie wywalczyć lepsze miejsce na liście. „Teoretycznie”, bo ostatecznie wyniki prologu nie były brane pod uwagę.
  • Nierespektowanie własnych reguł – w zeszłym roku w Kluszkowcach zaliczyłem bolesną glebę przez zmianę otaśmowania trasy tuż przed moim przejazdem. Napisałem wtedy: „nie zmienia się reguł w trakcie gry!”. Niestety w tym roku było jeszcze gorzej – kolejność z listy startowej posypała się już na starcie, bo kiedy okazało się, że „OS1” polega tylko na przeczytaniu nazwiska (a nie np. podpisaniu listy, jak oficjalnie zapowiadano), sporo osób ruszyło na trasę bez czekania na swoją kolej. Dalej było klasycznie: kto pierwszy, ten lepszy.
Joy Ride Festiwal Kluszkowce - enduro

Fot. Joy Ride (Piotr Staroń / Przemek Kita)

Czy to poważne uchybienia, oceń sam. Moim zdaniem, przy pięknej, słonecznej pogodzie, spokojnie można by przymknąć na to wszystko oko i cieszyć się dniem spędzonym na rowerze w górach. Ale w sytuacji, kiedy cały dzień leje, a startują tylko największe pojeby zapaleńcy, oczekiwania co do sprawnego przebiegu zawodów rosną.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - enduro

Fot. Joy Ride (Piotr Staroń / Przemek Kita)

Festiwal

No dobra, koniec narzekania – co ciekawego działo się poza enduro? Na miejsce przyjechało około 2 tysięcy uczestników. Do wyboru mieli oni 9 dyscyplin:

  • enduro;
  • maraton;
  • downhill;
  • dual-slalom (ostatecznie solo-slalom przez trudne warunki);
  • pumptrack;
  • slopestyle (odwołany);
  • flybag (odwołany);
  • whip-contest.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - downhill

Dziewiąta dyscyplina to wspomniany już Bike Sprint, czyli coś nowego, a skierowanego między innymi do endurowców – był to bowiem nieobowiązkowy, rozgrywany w piątkowe południe prolog do zawodów enduro. Sprint to 1,3-kilometrowy wyścig składający się z krótkiego uphillu szutrową drogą na Wdżar i zjazdu trasą typu flow (nowa Green Line). Niestety i tutaj pogoda pokrzyżowała plany i wystartowało całe… 11 osób.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - miasteczko zawodów

Poza zawodami było też sporo konkursów, w których można było zgarnąć gratisy m.in. od Foxa, Shimano czy Bike On Wax. Prawie jak na Sea Otter! Zwłaszcza, że wystawców nie brakowało – w sumie można było zajrzeć do 57 namiotów, w tym dużo interesujących dla endurowców (kolorowe ciuszki! ;)).

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - targi 2

Jeśli startować Ci się nie chciało, a mierzenie koszulek już Ci się znudziło, mogłeś też wybrać się z przewodnikiem na jedną z wycieczek po okolicy. Oczywiście nie zabrakło też możliwości testowania rowerów, których w tym roku do wyboru było aż… 151! Niestety nie można było „przygarnąć” roweru na cały dzień, ale kilka godzinnych przejażdżek na różnych sprzętach to i tak nieoceniona dawka wiedzy, jeśli przymierzasz się do zakupu nowego roweru lub masz problem z doborem rozmiaru.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - testy


Podsumowanie

236 zarejestrowanych, na mecie: 118. Te liczby najlepiej podsumowują, jakim wyzwaniem były zawody Kellys Enduro. Czy połowa, która została w domu, ma czego żałować? Cóż, powiedzmy że te zawody zdecydowanie były questem, za którego można było zgarnąć dużo punktów doświadczenia. Było też sporo fajnych aspektów, jak latanie bokiem na co drugim zakręcie i kibice, którzy mimo ulewy pojawili się na trasie (szacun!). Ale jak mam być szczery, lepiej bawiłem się na niedzielnym maratonie… A jak już wspomniałem, słowa „zabawa” i „maraton” rzadko występują w jednym zdaniu.

Zawody enduro były questem, za którego można było zgarnąć dużo punktów doświadczenia

Czy cały Festiwal był więc nieudaną imprezą? Absolutnie nie. Festiwal to nie tylko enduro. Nazywanie JoyRide Festiwalu „rowerowym świętem” jest już niepotrzebnym, oklepanym sloganem, bo jak w jedno miejsce zjeżdżają się 2 tysiące bikerów, od maratończyków przez endurowców, aż po slopestylowców – musi być grubo. I tak też było! Dzięki takim imprezom raz na jakiś czas można zapomnieć o debatach na temat nazw dyscyplin, standardów i marketingu – i po prostu wspólnie do upadłego jeździć.

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - błoto

A propos jeżdżenia do upadłego – jak się spisała moja formuła 2-dniowego ścigania? Przy zapisywaniu się, wyglądało to na dobry pomysł. W końcu dwa dni emocji to lepiej, niż jeden, prawda? I choć w niedzielę, na pierwszym podjeździe, moja odpowiedź zdecydowanie brzmiała „nieprawda!”, to jednak polecam Ci przy najbliższej okazji spróbować :) Na wyniku maratonu wprawdzie totalnie mi nie zależało, ale atmosfera „peletonu” robi swoje i ostatecznie zaliczyłem lepszy wynik, niż w enduro…

Joy Ride Festiwal Kluszkowce - myjka

Fot. Joy Ride (Piotr Staroń / Przemek Kita)

O tym, czy warto w ogóle wpaść na maraton, jeszcze napiszę. A póki co, marzą mi się dwudniowe zawody enduro, jak na EWS. Ciekawe, który organizator pierwszy podejmie to wyzwanie? Może JoyRide 2017…? Żeby zatrzeć złe wrażenia po tegorocznym Kellys Enduro, zdecydowanie przydałaby się coś nowego!


Dodano 18.05.2016

Organizator odpowiedział na stawiane mu przez zawodników zarzuty i… zaprosił ich wszystkich na zawody w Zakopanem z wpisowym za free! Brawo za przyznanie się do wtopy i poważne podejście do tematu. Widzimy się więc 25-26 czerwca na Joy’u w Zako!


Joy Ride Festiwal Kluszkowce 2016


Wyniki znajdziesz tutaj:


Zdjęcia (wszystkie, jakie udało mi się znaleźć – lista aktualizowana na bieżąco!):


 

  1. Fajnie, że tegoroczne enduro wygrał „człowiek znikąd” :)

    1. Ej ej, Piekara cisnął mocno w DH na długo zanim enduro zaczęło być modne w Polsce. To bynajmniej nie jest człowiek z znikąd.

  2. Robert Piekara to w całe nie jest człowiek znikąd a chłopak z Podhala z mega skillem i szybkością co udowadniał juz podczas zeszłorocznego Joy Ride w Zakopanem.

    Fajnie napisany artykuł. Brak OS spod Lubania zostawia niedosyt. Przejechanie całości dawałaby jeszcze większe poczucie szaleństwa.

    1. Otóż to, skoro zapłaciłem za produkt i to nie mały piniądz, poświęciłem swój czas, energię i znów nie mały piniądz na trening, a tu nagle mi ktoś rano mówi, że sorry, ale nie ma tego co kupiłeś, to albo mi się zwraca kasę (noclegi, paliwo, czas za treningi, zamiast w pracy), albo oferuje produkt niezależnie od pogody, bo deszcz to nie klęska pokroju trzęsienia ziemi…

      Tym sposobem, kolejna już seria zawodów enduro na mnie nigdy nie zarobi… cóż, o klienta trzeba dbać…
      I jak tak patrzę na kolejne już zawody enduro w naszym kraju to myślę sobie, że chyba osiągnięto apogeum i nastąpi powolny regres w startujących… niestety, ale za podwyżkami startowego nie idzie podnoszenie jakości oferty. Chyba nawet jest odwrotnie. A szkoda :/

  3. Trzeba było pojechać maraton na dystansie mega – kilka zjazdów mogło swobodnie rywalizować z oesami enduro – piękny błotny hardcore włącznie ze zjazdem dnem płynącego potoku. mniam :)

    1. No wiem, wiem… Zawsze najciekawsze fragmenty są zarezerwowane dla mega/giga, tylko jeszcze trzeba mieć siłę, żeby do nich dojechać ;) Ale jest to w planach na ten sezon.

  4. Michau, twoje wyznania jednoznacznie dowodzą, że jesteś krypto-golinogą, a nie jakieś tam enduro. Przestań udawać, wyjdż w końcu z szafy, załóż obcisłe, lajkrowe gacie, które tak wspaniale podkreaślają twoje ciało i zacznij żyć w prawdzie a nie zakłamaniu.

  5. Oczywiście było grubo i wypych na OS3/OS4 w strugach deszczu czy końcówka OS4 na długo pozostaną w mojej pamięci. Pozostanie w niej również ten „genialny” pomysł odwołania OS2 i brak przesunięcia czasowego. Zaprawdę powiadam Wam, nie ma to jak posiedzieć 4 godziny w przemoczonych ciuchach kiedy to mięśnie stygną. A wystarczyło dac znać każdemu na starcie OS1.

  6. Na zdjęciu testówek dartmoora widać ich nowego fulla (ten z numerem 49). Przyjrzałeś sie mu dokładniej?

  7. Wiemy, że było sporo niedociągnięć, które nie powinny mieć miejsca, dlatego w ramach przeprosić zapraszamy startujących riderów za darmo na kolejną edycje do Zakopanego:
    http://joyride.pl/2016/05/oswiadczenie-joya-w-sprawie-kellys-enduro-w-kluszkowcach/

  8. Pieprzyć zawody, tylko chcą zarabiać na tym co kochamy. Lepiej z kumplami ustawke w górach zrobić. Jeżdziłem Cyklokarpaty, ale stwierdziłem ,że cena do jakości i oznaczenia tras to kicha. Myślałem o enduro, ale jak takie zawody i dają dupy to za takie wpisowe to wole sam po lesie pojezdzić i kase przechlać. Yo.

Dodaj komentarz do tekstu Hajlajtsy: Joy Ride Festiwal Kluszkowce 2016

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Strava to zło!!! Czy nie…?

Opinie / 

W zeszłym tygodniu internety zepsuła wiadomość, że jeden z kalifornijskich samorządów zbanował rowerzystów z rezerwatu Byrne. Sam rezerwat na przedmieściach Los Altos raczej nikogo w Polsce by nie zainteresował, gdyby nie argument, który zaważył na tej decyzji: Strava. Prędkości zarejestrowane przez użytkowników tej aplikacji posłużyły za dowód potwierdzający obawy pieszych i konnych turystów, którzy czuli się zagrożeni przez bikerów przekraczających 50 km/h.

Oczywiście kontrowersyjna decyzja zza oceanu to tylko wymówka do odgrzebania dyskusji o Stravie, która toczy się od lat. Czy Strava zabija ducha MTB? Czy jest dobrym narzędziem treningowym? Czy wszyscy rowerzyści to kretyni? To pytania, których nie należy bagatelizować.


Czym jest Strava?

To aplikacja na smartfony stworzona jako narzędzie do rejestracji treningów. Początkowo była skierowana głównie do szosowców, ale od jakiegoś czasu korzystają z niej też osoby jeżdżące MTB. Ogólna zasada działania jest podobna do Endomondo – GPS zapisuje Twoją trasę, przewyższenia, prędkość i czas jazdy. Po zakończonej jeździe, dane są automatycznie wysyłane do portalu społecznościowego, dzięki czemu możesz łatwo do nich wrócić i przeanalizować (lub pochwalić się na Facebooku).

Strava logo

Co jednak odróżnia Stravę od Endormondo i innych loggerów, to rywalizacja. Najciekawsze odcinki dróg i szlaków – rozrzucone po całym świecie – są oznaczone jako Segmenty, czyli po naszemu: OS-y. Czas Twojego przejazdu na Segmencie jest mierzony automatycznie i publikowany na tablicy wyników, dzięki czemu możesz porównać swoje osiągnięcia z innymi użytkownikami. Autor najszybszego przejazdu dzierży tytuł KOM (King of the Mountain) lub QOM (Queen of the Mountain) – stawka jest więc wysoka!


Strava zabija MTB…

Choć idea działania brzmi niewinnie, Strava ma równie duże grono miłośników, co zagorzałych przeciwników. Ci drudzy wytykają tym pierwszym, że:

1. Strava prowokuje kretyńskie zachowania na szlaku

Kiedy pojawia się tykający w głowie zegar, łatwo jest przekroczyć cienką linię między dobrą zabawą a byciem dupkiem. Pół biedy, jeśli dotyczy to jazdy po trasie zarezerwowanej dla rowerzystów, choć nerwowe okrzyki „LEWA MOJA!!!” i niebezpieczne wyprzedzanie innych użytkowników Twistera to też niezła wiocha.

Gorzej, jeśli cierpią na tym osoby postronne, czyli przede wszystkim turyści na ogólnodostępnych szlakach pieszych. „Ścigant” zapierdalający jak gepard na kokainie, metr od rodziny z trójką dzieci na niedzielnym spacerze, raczej nie robi dobrej opinii rowerzystom… A pamiętaj, że nawet jeśli tego samego dnia rodzinka ta spotka trzydziestu innych, miłych i kulturalnych bikerów – i tak zapamięta jednego idiotę.

2. Strava psuje wycieczki

Jeśli na tripie znajdzie się jedna osoba uzbrojona w Stravę, zawsze będzie narzucała tempo nie mające nic wspólnego z przyjemnością. Do tego spina i ciągłe spoglądanie na telefon. Dobre czasy na Stravie nie idą w parze z dobrymi czasami z kumplami.

3. Strava ujawnia tajne trasy

Właśnie własnymi siłami zbudowałeś zajebisty, ukryty głęboko w lesie odcinek singla? To tylko kwestia czasu, zanim ktoś przypadkiem na niego trafi i opublikuje ślad z przejazdu na Stravie. Jeśli jest wyjątkowym idiotą, oznaczy go nawet jako Segment i kolejnego dnia na Twojej ścieżce odbędą się nieoficjalne mistrzostwa niespełnionych zawodników walczących o KOM-a. Kolejnym krokiem jest oczywiście zauważenie tego przez lokalne władze i zrównanie Twojego nielegalnego dzieła z ziemią – o ile nie zrobią tego sami bikerzy.

4. Strava niszczy trasy

Ścinanie zakrętów wywołuje wystarczające kontrowersje na zawodach, żebyśmy nie musieli wałkować tego samego na zwykłych tripach. Zwłaszcza na z trudem wyrzeźbionych singlach, na których urywanie sekund przez ścinanie band i jazdę poza główną linią ścieżki powoduje trwałe zniszczenia.

5. Strava prowadzi złodziei za rączkę do Twojego domu

Pod tym względem Strava i tak jest niezła, bo umożliwia włączenie „strefy prywatnej” (więcej o tym niżej), ale jeśli nie korzystasz z tej opcji, bardzo precyzyjnie można określić Twój adres zamieszkania, a w domyśle – gdzie trzymasz ten zajebisty rower ze zdjęć wrzuconych na fejsa razem z trackiem z wycieczki.

Strava - Segment Twister


…ale też buduje

Ale skupianie się tylko na wadach przypomina zachowanie osób, które doprowadziły do zamknięcia tras rowerowych w Byrne. Strava ma też wiele zalet, które technologiczni amisze usilnie starają się ignorować.

1. Strava jest alternatywą dla licznika

Kiedyś jeździło się z licznikiem na kierownicy, teraz „licznik” ma się w kieszeni i szczegółowe statystyki sprawdza się w domu. W wersji darmowej Strava pokzuje wyniki na Segmentach dopiero jakiś czas po zakończeniu tripa, więc regularne spoglądanie na ekran w czasie wycieczki i tak nie ma większego sensu.

2. Strava to świetne narzędzie do dzielenia się wycieczkami

Jeszcze niedawno, żeby wzbogacić relację z tripa mapą trasy, trzeba było żmudnie przenosić ją z głowy na zeskanowaną lub ukradzioną gdzieś z internetu mapę topograficzną (gimby nie znajo). Dziś wystarczy kilka kliknięć, a enigmatyczne opisy przejechanych tras odeszły w niepamięć – wystarczy pobrać plik GPX. Dla osób szukających inspiracji na kolejnego tripa, Strava jest kopalnią pomysłów.

3. Strava umożliwia łatwy powrót do przejechanych tras

Z tej kopalni często sam korzystam, wracając do tracków sprzed 2-3 lat, żeby przypomnieć sobie np. przebieg trasy grupowych wycieczek z lokalsami, podczas których nie zawsze zna się trasę na pamięć, a chciałoby się ją później odtworzyć samemu.

4. Strava motywuje

Na pewno masz czasem tak, że pod koniec dnia już zwyczajnie Ci się nie chce. Świadomość zbliżającego się segmentu czasem działa jak szpinak na Popey’a i pozwala pocisnąć jeszcze trochę. Pomiar czasu zawsze motywuje do szybszej jazdy przy pełnym zaangażowaniu, a to zawsze dobrze przekłada się na banana na twarzy. Skill i kondycja też na pewno na tym nie ucierpią.

5. Strava daje możliwość pościgania się w dowolnym momencie

Nie każdy lubi rywalizację, ale sądząc po rosnącej liczbie uczestników zawodów, sporo z nas jednak ma ochotę czasem się pospinać. Dzięki Stravie możesz porównać się z kumplami, kiedy tylko chcesz, na swoich ulubionych trasach, za darmo.

Strava - aplikacja mobilna


Jak uczynić Stravę lepszą?

Jeśli jesteś gdzieś pośrodku, czyli korzystasz ze Stravy, ale niektóre z wymienionych rzeczy też Cię wkurzają, skorzystaj z kilku przydatnych opcji prywatności:

  1. Oznaczaj wycieczki jako prywatne. Przy zatwierdzaniu publikowania śladu zaznacz kłódkę, dzięki czemu tylko Ty będziesz miał do niego dostęp on-line. Możesz też zmienić widoczność swoich wcześniejszych wycieczek.
  2. Ustaw „strefę prywatności”. Wpisz adres z okolicy swojego domu i promień, w jakim ślad trasy będzie ukrywany. Dzięki temu kilometry zostaną zliczone, ale początek i koniec wycieczki będzie niewidoczny m.in. dla złodziei.
  3. Zrezygnuj z udostępniania swoich danych w programach Metro/Heatmap. To wymarzone narzędzie dla władz lokalnych namierzających nielegalne trasy najczęściej odwiedzane przez rowerzystów.

Podsumowanie: czy Strava to zło?

Cóż, definitywna odpowiedź to… może. 

Zanim powstała Strava, też jeździliśmy szybko i nieodpowiedzialnie, wkurzając spokojniejszych riderów i pieszych turystów. Przesuwanie własnych granic i szybka jazda jest jednak nieodłącznym elementem MTB i powodem, dla którego wszyscy to robimy – ze Stravą czy bez. I nie mówię tu o zawrotnych prędkościach pozwalających wygrywać zawody. Dla biernego turysty-obserwatora, nasza ostrożna jazda po kamienistym górskim zjeździe, prawdopodobnie i tak jest szczytem brawury i nieodpowiedzialności.

Ogólnie jednak Strava jest spoko – tylko ludzie są do dupy. Niestety, tak jak ze wszystkim, ostatecznie niezbędny jest zdrowy rozsądek.

To nie Strava powoduje, że większość z nas ma problem ze zwolnieniem do zera przy mijaniu turystów i powiedzeniem „dzień dobry” i „dziękuję”, jeśli będą na tyle mili, żeby zejść na bok szlaku. To nie Strava powoduje, że niszczymy trasy ścinając zakręty. I to nie Strava powoduje, że chcemy jeździć jak najszybciej.

Strava jest tylko narzędziem – jak zostanie wykorzystane, zależy tylko od Ciebie. Obwinianie apki na telefon jest równie mądre, co obwinianie kompasu za odkrycie Ameryki.


Zobacz też powiązane artykuły:

 

  1. Zostań namówiony do używania stravy. Zapomnij wyłączyć monitorowanie, zdrzemnij się w lesie. Dostań miano najwolniejszego rajdera w okolicy… Polecam (śr. prędkość 2.1 km/h)

  2. Trzeba pamiętać, że Strava bardzo mocno zniechęca do ścigania się na segmentach o nachyleniu poniżej -0,5% (czy jakoś tak), a ich mottem jest ‚Ride safe’. Brzmi to może jak slogan albo moralny dupochron, ale np. niemożliwe jest chociażby utworzenie ‚segment goal’ na segmencie zjazdowym, Strava piluje też, aby inne aplikacje bazujace na Strava API (np. VeloViewer) nie prowadziły rankingów na segmentach o ujemnym nachyleniu (znane mi są przynajmniej dwa przypadki wycofania funkcjonalności z aplikacji 3rd party bazującej na Strava API na wniosek samej Stravy, ponieważ potencjalnie zachęcały do niebezpiecznych zachowań). Co prawda dopóki istnieją leaderborsy na segmentach ‚downhilowwych’, tak długo będzie prowadzona na nich rywalizacja przez ludzi mniej i bardziej odpowiedzialnych. Ale to nie jest wina aplikacji. Można przytoczyć argument zwolenników (albo przeciwników) dostepu do broni: „Bo przecież nie winą noża ani pistoletu jest to, że ludzie przy ich pomocy zabijają”. Ludzie są w tym całym równaniu największym problemem, zwalanie winy na aplikację to jak dziecko mówiące w piaskownicy: ‚Bo Antek sypał inne dzieci piachem w oczy, to ja też!’.

  3. cyt. „Strava jest spoko – tylko ludzie są do dupy.” !!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  4. Jest jeszcze jedna fajna rzecz w Stravie- możliwość dodania roweru (łącznie z częściami składowymi) i monitorowanie przebiegu wszystkich elementów.

    Masz rację, że to wina ludzi a nie apki- w końcu skoro były skargi to koniec końców nawet bez dowodów w postaci zarejestrowanych tras mogło się to skończyć w ten sam sposób.

  5. Na yt można sporo filmików zobaczyc jak koledzy na banie lecą koło pieszych. Ja na szlakach z 40kmh hamuje do 5kmh zeby nie straszyć. Ale strawa faktycznie obudziła we mnie ducha rywalizacji. Na pewnym zjezdzie brakuje mi 4s. Ale faktycznie większość segmentow to podjazdy.
    Niech rozum będzie znami.
    A single to wsypuje trialfork.

    1. Hmm nie przypuszczałem, że Trailforks może być tak postrzegany. W sumie tylko raz dostałem prośbę od trailbuildera o usunięcie ścieżki (argumentowaną śmieceniem przez rajderów). Większość ścieżek to naturalne single, ścieżki zgłaszane przez samych builderów, linie z zawodów czy też w pełni legalne traile i bike parki.

      Pozdrawiam,
      przemek

  6. Spójrzcie tylko na stronę startową Strava: „The Social Network for Athletes” …. Zapytam tylko czy to jest przestrzeń dla riderów mtb, enduro, all-mountain..?

  7. Jako początkujący użytkownik MTB (jeżdżę dopiero półtora roku) Strava jest dla mnie przede wszystkim narzędziem:
    – generującym banana na gębie po każdym zdobytym pucharku
    – motywującym mnie – bo jeśli followujesz ludzi o podobnym skillu to wzajemnie się motywujecie swoimi czasami żeby przejechać Stary Zielony lub ET2015 OS1 jeszcze szybciej
    – pokazuje mi że jestem lepszy od samego siebie wczoraj – a to po prostu powienien być cel w życiu, być lepszym od samego siebie dzień wcześniej
    Używam Stravy tylko jako upload z zegarka Suunto po skończonym dniu jeżdżenia, więc nie spinam się na segmenty online, a jedynie na spokojnie wieczorkiem przy kubku odżywki białkowej przechodzę przez zapis w poszukiwaniu „PR-ek” :)

    BTW, hitem dla mnie są zapisy ze stravy której ktoś zapomniał wyłączyć i wsiadł do samochodu i wrócił do domu.

    1. Mam znajomego, który w ten sposób zgarnął kilka KOMów na Ślęży szoszonom :D

      1. Też mi się to zdarza, narzędzie do przycinania śladu mam obcykane ;) Niestety umożliwia ono ucięcie tylko początku i końca, więc jeśli zapomni się włączyć pauzę np. podczas podwózki autem między zjazdami (vide Srebrna Góra), to pozostaje ustawienie treningu jako prywatny…

  8. Nie podałeś elementu, że dużo prosów jeździ na Stravie i można się porównać z np Michałem Kwiatkowskim na podjeździe gdzieś w górach.
    Ja wszystko zliczam na Stravie ale telefon z aplikacją mam w kieszonce na plecach lub gumka chińska i na kiere – wtedy korzystam tylko z wystyczonego śladu na Route Creatorze (co zastępuje nawigację i mozolne rysowanie śladów na GPX).
    Jak poprosisz o GPXa jakiegoś lokalesa przed wyjazdem np w góry to wiesz gdzie można fajnie się powłóczyć a dodatkowo porównujesz się z całym światem.

    1. Z Kwiatkowskim nie można się już porównać, bo mu szefostwo zabroniło upubliczniania jazd na Stravie.

  9. Bardzo dobrze ujęty temat. Wszystko jest dla ludzi, byle z rozsądkiem i umiarem,

    Pozdrawiam,
    Przemek

  10. Chyba nikt nie wspomniał o Digital Epo…

  11. Porównywanie czasów na trasach MTB(na Stravie) jest bez sensu, bo masz inne warunki jazdy niż poprzednicy i nawet trasa sie różni bo np jest rozjechana. Na szosie to ma sens i jest fajnym uzupełnieniem treningu.

  12. „Ustaw „strefę prywatności”. Wpisz swój adres domowy i promień, w jakim ślad trasy będzie ukrywany. Dzięki temu kilometry zostaną zliczone, ale początek i koniec wycieczki będzie niewidoczny m.in. dla złodziei.” – to akurat rada do bani. Nie wolno podawać swojego adresu, bo złodziej znając promień strefy prywatności (są chyba 3 do wyboru?) bez problemu zidentyfikuje twój dom – wystarczy cyrkiel (może i wirtualny ;) i podstawy geometrii. Podaje się adres niedaleko domu, ale nigdy dokładny.

    1. Dzięki za sugestię, poprawione :)

Dodaj komentarz do tekstu Strava to zło!!! Czy nie…?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Jak wybrać idealny rower? Moja prezentacja z Cyklo Warsztatów

Opinie, Porady, Sprzęt / 

Jak może wiesz, byłem jednym z prelegentów* występujących podczas II Podhalańskich Cyklo Warsztatów. Idea była taka, żeby przekazać uczestnikom łyk teoretycznej wiedzy, która mogłaby się przełożyć na radość na szlaku. A ta zaczyna się już na etapie wybierania idealnego roweru, co było tematem mojego mini-wykładu. W końcu kto lepiej się zna na teoretyzowaniu o sprzęcie, niż ja? ;)

Moja prezentacja była skondensowanym podsumowaniem informacji i opinii, wokół których kręci się ten blog. Pomyślałem więc, że może ona zainteresować też kogoś z nie-uczestników II PCW (shame on you!). Więc oto i ona.

Pod slajdami znajdziesz mniej więcej to, co mówiłem. A częściej – to co chciałem powiedzieć (więc jeśli widziałeś live, i tak możesz rzucić okiem).

* jak na opowiadanie o rowerach, brzmi dość poważnie… Ale zostańmy przy tym.


Dobór roweru enduro - jaki wybrać?

Jako autor bloga traktującego głównie o sprzęcie do MTB, hobbystycznie zajmuję się doradzaniem innym riderom, jaki mają sobie kupić rower. A tak naprawdę, zazwyczaj staram się ich przekonywać, żeby kupili taki, jaki im się podoba…

Dobór roweru enduro - rozwój MTB

Ogólnie jednak nie jest to aż takie proste – przez zmiany, jakie nawiedziły kolarstwo górskie.

Kiedyś Hans Rey w ciągu jednego weekendu, na jednym rowerze (!) z powodzeniem startował w zawodach XC, DH i w trialu. Kupowało się więc po prostu rower MTB.

Wraz ze wzrostem oczekiwań pojawiła się coraz większa specjalizacja. Dziś typów rowerów MTB jest tak dużo, że nie da się ich nawet wszystkich wymienić.

Dobór roweru enduro - ewolucja MTB

Ten wybór wbrew pozorom nie jest (tylko) efektem marketingu, ale przede wszystkim odpowiedzią na zmiany w tym, jak i gdzie jeździmy.

  • Zmieniły się trasy: dziś mało kto jeszcze jeździ po rąbankach, vertach i agrafkach, a coraz więcej powstaje singli czy „tras enduro” łączących flow z naturalną nawierzchnią i elementami rodem z bikeparków.
  • Zmieniła się też technika jazdy, a zwłaszcza pozycja na rowerze – nie wisimy już dupą za siodłem na byle zjeździe (a w każdym razie, nie powinniśmy!).
  • Pojawiły się nowinki sprzętowe, które mocno ułatwiły jazdę: sztyce regulowane, dobre hamulce, opony bezdętkowe…

Przede wszystkim jednak zmieniło się nasze nastawienie – dziś hardcore i racing nie są już na topie. Liczy się przede wszystkim fun, eksploracja i powrót do korzeni.

Dobór roweru enduro - nowinki techniczne

Rozwój sprzętu za tym podąża. Na rynku namnożyło się coraz więcej, coraz lepszych rowerów, przez co coraz trudniej jest wybrać coś dla siebie.

Pojawiły się takie opcje, jak nowe rozmiary kół, różne warianty szerokości opon (27+, 29+ a już niedługo 26+), geometria progresywna z krótkimi mostkami i coraz lepiej działające zawieszenie. Dzięki temu, nie potrzeba już ponad 160 mm skoku do ambitnej jazdy po górach.

Ile potrzeba? Nie ma sensu się nad tym zastanawiać, bo nie kupujesz systemu zawieszenia, nie kupujesz geometrii, ani nie kupujesz rozmiaru koła. Kupujesz kompletny rower – idealnie zgrany pod kątem danego przeznaczenia system, który ma zadbać o uniesioną pozycję kącików Twoich ust.

Dobór roweru enduro - Kross Moon

Wszystko to spowodowało, że „wybór domyślny” dla ambitnych górali – czyli „klasyczny” rower enduro – przestał być wyborem jedynym.

Dobór roweru enduro - opcje alternatywne

Jeden rower do wszystkiego nadal istnieje, ale dla każdego może on być inny. Dla niezdecydowanych pojawiła się nowa generacja rowerów ze skokiem i geometrią regulowanymi w czasie jazdy, które łączą w sobie różne zastosowania.

Odrodzenie przeżywają ścieżkowce o mniejszym skoku, ale wykorzystujące wszystkie nowinki, jak nowe rozmiary kół czy progresywną geometrię.

Dzięki kołom „plus” do świata żywych wróciły też hardtaile, które swoimi możliwościami zahaczają teraz o terytorium fulli.

Krok dalej w tej kategorii są faty, które obiektywnie wydają się bez sensu, ale mają taką siłę przyciągania i dają taki fun z jazdy, że niektórzy nie chcą się z nimi rozstawać przez cały rok.

Kontrowersyjną, ale coraz bardziej dostępną opcją są też rowery wspomagane elektrycznie, które „wyrównują szanse” i pozwalają np. pracownikom uwięzionym w korpo obrócić Twistera 3 razy w ciągu godziny, bez poświęcania czasu na trening.

Dobór roweru enduro - znaczenie sprzętu

Przytaczam akurat te grupy rowerów dlatego, że w ostatnim czasie miałem okazję przetestować prawie każdą nich. Doprowadziło mnie to do niepokojącego wniosku: nie można kupić szybkości (szok!).

To znaczy, można, ale w ograniczonym stopniu – o Twojej sprawności na szlaku gdzieś tak w 20% decyduje sprzęt, reszta to Twoje umiejętności i oczekiwania.

Chodzi o to, że jeśli masz jakiś podstawowy ogar w kwestii skilla, na pewno nie trafisz na sytuację, że jakąś przeszkodę (ściankę, trawers, dropa…) pokonasz na rowerze enduro, a np. nie dasz rady na fatbike’u czy ścieżkowcu z mniejszym skokiem.

Oczywiście, jeśli Twoje oczekiwania są takie, żeby pokonać trasę jak najszybciej – prawdopodobnie i tak najlepszy będzie dla Ciebie klasyczny, racingowy endurak. Jeśli jednak w jeździe cenisz sobie co innego, warto rzucić okiem na inne – mniej oczywiste – opcje.

Pamiętając więc, że przy danych umiejętnościach i nastawieniu, jesteś w stanie pokonać dany szlak na dowolnym rowerze, pozostaje kwestia tego, jaki typ wybrać.

Dobór roweru enduro - wzmacnianie słabości

Oczywisty wybór to rower zoptymalizowany do tego, co lubisz najbardziej. Wyobraź sobie na przykład typa, który uwielbia zjazdy, ma srogiego skilla, ale taką sobie kondycję – podjazdy traktuje wyłącznie jako środek do celu. To oczywiste, że powinien kupić enduro, superenduro czy nawet lekką freeride’ówkę, prawda?

Może i tak. Drugą opcją jest jednak zakup roweru, który wzmocni jego słabości, czyli np. lekkiego trailbike’a na kołach 29″, który znacznie ułatwi mu dotarcie do ulubionych tras, a przy odpowiednim skillu, na zjazdach też świetnie sobie poradzi.

Która droga jest lepsza? Tego nie wiem. Warto jednak się nad tym chwilę zastanowić – a najlepiej przetestować.

Dobór roweru enduro - czy rower może być za drogi?

No dobra, zakładam że wiesz już mniej więcej jaki typ roweru chcesz kupić, może nawet znalazłeś podobający Ci się model. Pytanie, czy warto dopłacać do jak najlepszej specyfikacji? Czy rower może być za drogi?

Kiedyś panowało przekonanie, że lepiej kupić najdroższy rower, na jaki można sobie pozwolić. Bo będzie jeździł lepiej, a przynajmniej zaoszczędzi się na późniejszych upgrade’ach. Ja jednak nie do końca się z tym zgadzam. Wydając cały budżet (i jeszcze trochę) na zakup roweru może się okazać, że zabraknie Ci kasy na:

  • serwis – utrzymanie wysokiej klasy fulla kosztuje. Osoby wydające np. 20 patoli na rower, później są zdziwione, że po sezonie muszą wyłożyć kolejne dwa na serwis zawieszenia, sztycy czy nową 11-rzędową kasetę i opony.
  • części zamienne – szprychę do standardowych kół kupisz w każdym sklepie rowerowym za 2 zł. Za szprychę do wypasionych kół systemowych dasz 10 razy tyle i przy dobrym wietrze uda się ją ściągnąć od dystrybutora w przeciągu tygodnia.
  • wyjazdy – zbyt często słyszę, że ktoś nie ma kasy na wakacje w Alpach albo na wpisowe na zawody, bo właśnie kupił nowy damper albo przerzutkę. Bez komentarza. Jeśli z powodu zakupów rowerowych musiałeś odpuścić choćby jeden dzień jazdy – wydajesz za dużo!
  • kolejny rower – w myśl zasady, że N+1 jest wzorem na liczbę potrzebnych rowerów, gdzie N jest liczbą posiadanych rowerów. Czasem lepiej kupić niższej klasy „rower główny” i zostawić sobie w budżecie miejsce np. na szosówkę czy hardtaila do jazdy po bułki.

Do tego dochodzą nieco bardziej płynne kwestie siedzące w głowie:

  • eksploatacja drogiego roweru jest trudniejsza, niż taniego roweru. Wie to każdy, kto próbował ustawić damper Cane Creeka lub zniszczył sobie carbonową kierownicę za 5 stówek przez brak klucza dynamometrycznego.
  • kupując zwłaszcza swój pierwszy rower MTB niekoniecznie musisz znać swoje oczekiwania. Co, jak wydasz 20 tysi na wymarzone enduro na XTR-rze, a po miesiącu okaże się, że do Twojej jazdy dużo lepiej pasuje trailbike na kołach 29″, i w dodatku wolisz pracę napędów SRAM-a?
  • nie wiem jak Wy, ale ja boję się na swoim rowerze enduro jeździć po katowickich lasach – już raz zostałem zrzucony ze sprzętu przez panów w sportowym ubiorze. Nie wspominając np. o strachu przed uszkodzeniem carbonowej ramy przez bagażnik samochodowy czy innych tego typu bzdurach.
  • panuje przeświadczenie, że jak ktoś ma zajebisty rower, musi zajebiście jeździć. „Jak to, najnowsze Foxy, a takiej hopy nie skoczysz?!” – czasem lepiej oszczędzić sobie tego typu komentarzy, zwłaszcza jeśli dopiero stawiasz pierwsze kroki.

Dobór roweru enduro - odpowiednia perspektywa

Kupieniu za drogiego, za taniego, albo po prostu niedopasowanego roweru, najlepiej zapobiega odpowiednia perspektywa podczas podejmowania decyzji.

Jest to perspektywa siodełka.

To na szlaku najlepiej wiesz, co w posiadanym (lub pożyczonym do testownia) rowerze Cię wkurza, co Ci się podoba, co chciałbyś zmienić i w jakim kierunku pójść z nowym sprzętem. Podejmując decyzję siedząc na tyłku przed monitorem, widzisz głównie tabelki, reklamy i uśrednienia.

To w czasie jazdy wybierzesz rower najlepiej dopasowany DO CIEBIE.


Dobór roweru enduro - wybór rozmiaru

No dobra, wiesz już jaki rower i za ile, pojawia się ostateczna przeszkoda przed zakupem. Szerzej temat opisałem w poradniku o wybieraniu rozmiaru, tu znajdziesz najważniejszą wiedzę w pigułce.

Dobór roweru enduro - testy

Bezdyskusyjnie najlepszą metodą dobierania rozmiaru są testy. Okazji do pojeżdżenia na cudzych rowerach jest w Polsce coraz więcej i nawet jeśli nie uda Ci się trafić na swój upatrzony model, zawsze możesz pojeździć na podobnym i z tak zdobytym doświadczeniem usiąść do kompa i porównać cyferki.

Dobór roweru enduro - rozmiar ramy

Które konkretnie cyferki? Najwięcej o rozmiarze roweru mówi odległość od suportu do kierownicy. Problem w tym, że jeszcze nigdy żaden producent tego wymiaru nie podał, a w dodatku jest on uzależniony od ustawień kokpitu. Więc jedziemy dalej…

Dobór roweru enduro - wymiary porównawcze

Bardzo dobrym wymiarem jest też długość dolnej rury – tą przynajmniej bardzo łatwo zmierzyć i porównać. No tak, tylko co jeśli nie masz możliwości zmierzenia, bo np. kupujesz rower wysyłkowo?

Jedyne zbliżone wymiary, jakie producenci podają w swoich tabelkach, to reach i stack. Każdy osobno niesie ograniczoną informację, ale jeśli je połączyć, robi się ciekawie – zbliżamy się bardzo do idealnego wymiaru pokazanego na poprzednim slajdzie. Żeby je połączyć, przyda się oczywiście pomoc Pitagorasa!

Dobór roweru enduro - tabelka rozmiaru ramy

Jeśli jednak tak skomplikowane operacje matematyczne przerastają Twój poziom zaangażowania, możesz na wstępnym etapie wybierania rozmiaru zdać się na tabelkę. Ale nie na byle jaką tabelkę! Na moją tabelkę! :)

Jest ona owocem długiego ślęczenia nad wymiarami ram producentów kojarzonych z nowoczesną geometrią (Canyon, Mondraker, Giant, Santa Cruz, Whyte, Mojo…). Okazało się, że można w nich znaleźć wspólny mianownik, jakim jest ta właśnie uproszczona rozpiska.

Dobór roweru enduro - długość rury podsiodłowej

Tabelka jednak „podpowiada” geometrię dość progresywną, czyt. „długą”. Korzystając z niej, prawdopodobnie trafisz na rozmiar ramy większy, niż się spodziewałeś. Musisz więc bardzo uważać na ograniczenie, jakim jest długość rury podsiodłowej.

Przy zbyt wysokiej ramie może się okazać, że nie będziesz w stanie odpowiednio głęboko wsunąć sztycy regulowanej. Na obrazku widać taką sytuację – Reverb jest maksymalnie wsunięty, więc jeśli wysokość siodła (czerwona strzałka) jest dla Ciebie dalej zbyt duża, musisz poszukać sobie innego roweru…

Dotyczy to zwłaszcza osób o wzroście wypadającym na granicy rozmiarów.

Dobór roweru enduro - długość rury a wzrost

Jak więc to sprawdzić bez przymiarki? Twoją potrzebną wysokość siodła (pomarańczowa strzałka) możesz wyliczyć mnożąc przekrok (długość nogi na stojąco, bez butów) przez 0,883. Na wszelki wypadek odejmij 1-2 cm, zwłaszcza jeśli jeździsz na platformach.

Z kolei minimalną wysokość siodła w danej ramie uzyskasz sumując długość rury podsiodłowej (z tabelki producenta), długość sztycy (zwykle ok. 195 mm) i „długość” siodełka (40-50 mm). Jeśli wyjdzie mniej, niż Twoja oczekiwana wysokość, wyregulujesz ją wysunięciem sztycy. Jeśli wyjdzie więcej – patrz poprzedni slajd…

Dobór roweru enduro - podsumowanie

Podsumowując, wybierając rower warto testować nowinki i ekstrema, bo może się okazać, że niekoniecznie oczywisty rower może idealnie pasować do CIEBIE. Ostatecznie i tak dużo więcej zależy od Twoich umiejętności i oczekiwań, więc możesz kupić rower, który idealnie uzupełni Twoje mocne strony… lub wręcz przeciwnie – wspomoże słabości. A w każdym razie: śmiało możesz kupić taki, jak Ci się podoba.

Pamiętaj tylko, żeby decyzje zawsze warto podejmować na szlaku, a nie przed komputerem. A potem kupić rower, na który Cię stać bez wydawania całego 500+ i… w największym rozmiarze, jak to możliwe.

Dobór roweru enduro - koniec

Tak właśnie wyglądała moja prezentacja na II Podhalańskich Cyklo Warsztatach. Nie była może zbyt szczegółowa, ale bardziej chciałem się skupić na zachęceniu do ściągnięcia klapek z oczu i nieco bardziej przychylnego spojrzenia na wszystkie nowinki, jakie zalewają rynek.

Oczywiście te wszystkie nowości nie powodują, że Twój rower w jakiś magiczny sposób stał się gorszy i natychmiast trzeba go wymienić. Ale jeśli akurat w tym czy przyszłym roku planowałeś sprawić sobie nową zabawkę, czemu nie skorzystać z wyboru, który obecnie jest większy, niż kiedykolwiek?


Więcej o Cyklo Warsztatach znajdziesz w mojej relacji.

Jeśli zainteresowały Cię poruszone tu kwestie, zachęcam Cię do przejrzenia artykułów z kategorii Sprzęt, gdzie wszystkie liźnięte tu tematy rozwijam dużo bardziej szczegółowo.

 

  1. Kiedy i gdzie Cię napadli?

    1. Dawne dzieje… Początki jeżdżenia.

      1. Chyba faktycznie dawne, bo od kilku sezonów intensywnie penetrują nasze lasy, czasami jeżdżąc po ledwie przetartych ścieżkach, i akurat dresiarze to na szczęście, póki co, moje najmniejsze zmartwienie.

        1. Dlatego ja na wszelki wypadek zawsze wożę ze sobą spory nóż (również na wypadek dzików i innego bydlęcia )

          1. Chyba lepszy od noża jest gaz tudzież jakiś spray (osobny na dresiarza, osobny na niedźwiedzie)…

          2. Łukasz Czech

            jak nie jesteś jakimś komando fokiem z delta force albo innym chuckiem norrisem, to wkurzonego dzika nożem nie zaciukasz, to silne szybkie zwierze które jak zechce to rozdupi ludzia. Ale z reguły są niegroźne ;)

          3. Zastanów się nad tym: co zrobisz z tym nożem i jakie będą tego konsekwencje jak cie dresy albo dzik zaatakuje ? Umiesz pchnąć nożem żywą istotę, a co będzie jak dresy lepiej umieją noża używać i cie własnym nożem ciężko ranią ? Albo co będzie jak zobaczą ten nóż i się dopiero wkurzą i postanowią ci udowodnić, że się na nich noża nie wyciąga i upewnią żebyś tego naprawdę pożałował ?
            Nóż to jest broń, a broń nie służy do straszenia (bo uważam, że tak myślisz pokaże im kose to się wystraszą i uciekną) tylko obrony swojego życia jak już inne metody już nie działają.

            Kup sobie chłopie dla SWOJEGO bezpieczeństwa odpowiedni gaz który działa na ludzi i zwierzęta.

  2. Franek Konieczny

    Gdyby przeciętny 16-sto latek miał taki budżet, aby myśleć nad długością rury podsiodłowej, reach’u i wielu innych rzeczach nie męczyłbym się latając po lesie na rowerze z 2008 roku na zamałej ramie, z zepsutym tylnym heblem, złmaną szprychą, bijącym kołem, zarysowanymi latami w amorze, kierą 810mm ktora jest cholernie niewygodna ale jest szacun na dzielni i na wygiętej w cztery strony świata x7’ce której kółeczka są już dosłownie okrągłe :p Myślę, że wybieranie nowego roweru pod siebie będę mógł dopiero przeżyć za jakies 15 lat, jesli skończę studia i w ogóle dożyje tego czasu :)

    1. Nawet dla dobrze zarabiającego 25-30-latka wydatek na rower rzędu 6-8-12 tysięcy to sporo, chyba że ktoś wie czego oczekuje, bo sporo jeździ.
      No bo na co Ci hardtail za 10 tyś którym zrobisz 25km tygodniowo?
      Ale full za 15 tyś do jeżdżenia po płaskich ścieżkach w lesie?
      Ale warto zerknąć za używanymi rowerami, Michał mi tak doradził, kupiłem na początek Gianta Trance’a jako dobry wstęp do enduro.
      Kosztował stosunkowo niedużo jak za taki sprzęt, a teraz wiem co mógłbym mieć innego i na przyszłość będę mądrzejszy.

    2. Nie od razu Rzym zbudowano! Ja też zaczynałem od Gianta Rincona za 1500 zł. Potem to już małymi kroczkami leci. Dzięki temu jak już uzbierasz tyle kasy, żeby w miarę swobodnie wybrać sobie rower, będziesz miał taką wiedzę i doświadczenie, że niczyje porady nie będą Ci potrzebne :)

      Alternatywnie, można też przepracować wakacje na wyspach i bach – enduro gotowe ;)

    3. Wszyscy mieliśmy 16 lat (ja nawet nie tak dawno) i też katowaliśmy taki sprzęt. Szprychy, łancuchy i olej latały aż miło :P
      Jednakże jak w końcu dozbierasz, dostaniesz, zarobisz czy się wymienisz na swój ukochany nowy albo prawie nowy rower to go docenisz.
      Sprawny napęd, widelec który wybiera, hamulce które hamują a nie tylko blokują koła itd. potem jeszcze nauczysz się o to wszystko dbać i już w ogóle będzie super :P

      aaa i za długą kierę to możesz obciąć :P

    4. Franek Konieczny

      No wiem, że można obciąć ale nawet fajnie się lata na 810 :D z tym, że niestety sposobów zarabiania nieletnich jest stosunkowo mało i niedawno słyszałem że nusze miec na 16 lat, a jak przyszedłem i powiedziałem ze mam 16 to bylo nakrzekanie, że nie mam 18… :/ takie życie

      1. Może znajdziesz inspirację: http://jakoszczedzacpieniadze.pl/wnop-011-praca-dodatkowa-poza-etatem

        Ja zarabiałem na tworzeniu stron WWW i innych projektów graficznych – nikt nie pyta o wiek ;)

  3. Rafał Sołtysik

    Po złych lasach jeździsz. W lasach na styku Katowic, Rudy i Mikołowa nie ma takich niespodzianek. :)
    Fajna prezentacja, jednak taka uwaga do fragmentu o geometrii: w przypadku rowerów dla kobiet producenci zakładają, że kobiety są inne (co może i jest prawdą) ale i mają inne proporcje i jeżdżą jakoś inaczej. Przez co wybierając żonie Cuba WLS 29 ze sklepu wysyłkowego poległem na cyferkach i po prostu wybraliśmy się do SkiTeama. Tam sprzedawcy w końcu mieli jakieś zajęcie, a my po dopasowaniu rozmiaru dokonaliśmy zakupu w H&S :)

    1. Przymiarka zawsze jest lepszym sposobem od cyferek – niezależnie od płci :)

    2. Kobiety mają dłuższe nóżki od mężczyzn!

  4. Swojego Snabba E1 złożyłem na spoko osprzęcie i systemie 1 x 10 (cel: łyda jak szkocki góral) zamknąłem się w 10 tysiach , choć składałem cały rok. Jest pancerny -bo ważę koszmarne 88kg . Do tego mam miejskego CUBEHyde za tysiaka i jestem przeszczęśliwym N+1 :)) Na ścieżki muszę wyjeżdżać na południe z Gdyni, ale bardzo mnie to cieszy bo zaawsze mam niedosyt i cenię sobie każdą godzinę :) Fajna prezentacja i mega wyczesany blog , który jest dla mnie kopalnią wiedzy!

  5. fajnie przemyślane i napisane
    gratulacje

  6. Ja w przypadku rowerów notorycznie kupuje/składam takie, które na papierze wyglądają super, a w praktyce okazuje się że coś mi w nich nie pasuje :D

  7. Paweł Kisiel-Dorohinicki

    Fajna prezentacja :) Na szczęście tylko mnie utwierdziła w przekonaniu że składam sztywnego trailbike’a na średnim kole ;) bardzo pomógł mi też artykuł o doborze rozmiaru- okazało się, że mój ghost se1202 na którym w tym momencie pomykam jest o 2 rozmiary (tzn. jakieś 5cm) za mały i nagle stało się jasne, czemu mam problem z dociążeniem równomiernie obu kół i wciąż bolą mnie plecy ;)

  8. Swój pierwszy „poważny rower” szukałem ROK czasu…przed tym, rok czasu gadałem ze go sobie kupię. Zarywałem noce przed monitorem na wybraniu czegoś, przewertowaniu for internetowych, i znalezieniu sklepu gdzie jeszcze był dostępny model. Skończyło się na tym że niewiele brakowało abym pozwał sklep do sądu za niewydanie towaru (błąd w cenie na stronie www) mogę powiedzieć że byłem trochę sfrustrowany .. w między czasie z ciekawości odwiedziłem sklep aby zobaczyć Gianta Trance … ze sklepu wyszedłem z rowerem :)
    Złamałem wszystkie zalecenia z prezentacji… za drogi, na wyrost z do moich umiejętności, wg tabelek za duża rama, rowerem do enduro jeżdżę po asfalcie i polnych drogach :P …może wykorzystuję jego potencjał w połowie.
    Dzisiaj mogę powiedzieć że hardtail 29er mógłby być lepszym wyborem… ale nie żałuje i nie zamieniłbym go:). Dlaczego(?) bo czas który bym zmarnował przed komputerem „przejeździłem” i jestem zadowolony.

  9. Michał z ciekawości pytam. Jakiś czas temu zauważyłem, że w garażu na forumrowerowe masz Mongoose Sabrose jako urban bike :) czym wcześniej bujałeś się po mieście ? Pytam bo stoje przed dylematem Djambo jako rower do wszystkiego czy urban bike + ukulanie jakiegoś primala na kołach 27,5 cala

    1. Wcześniej po mieście bujałem się Fordem Focusem :P

      Bierz Djambo i coś za grosze na miasto.

      1. Robienie focusem podjazdów to bajka, aczkolwiek pewnie z hopkami już gorzej :D Zamawiam Djambo :) Jak znam życie pewnie i tak temat dodatkowe roweru oleje i będę ciorał NS wszędzie – w sumie kiedyś przez pół roku za szosowe opony robiły mi Ardenty 2,4 :P

  10. Ale rozpiska o rowerach, jak doktorat z poważnej dziedziny. hehe. Przecież to proste jak drut albo jak rower . Kto jezdzi od lat to wie co potrzebuje, a dla niekumatych to hardtail najlepszy bo tani i uczy techniki. Sztyca hydrauliczna to jest mega patent polecam.

Dodaj komentarz do tekstu Jak wybrać idealny rower? Moja prezentacja z Cyklo Warsztatów

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top