Diabeł Marketing – kto rządzi branżą?

Opinie, Trendy / 

Olej na chwilę marketing i przenieś się myślami do sklepu rowerowego z roku 2001. W zasadzie każdy rower MTB był wtedy taki sam: każdy miał tak samo kiepską geometrię, kiepski amortyzator o skoku 80 mm, koła 26″, napęd 3×8, fałbrejki, długaśny mostek i prostą kierownicę z rogami.

A teraz przewiń o 15 lat do przodu. Kilkanaście kategorii rowerów do różnych zastosowań, 6 różnych rozmiarów kół, napędy 1×11, elektronika, e-bike’i, fatbike’i, plusy, Boosty, geometria progresywna, tubeless, sztyce regulowane, carbon… Niby dalej rowery są takie same, ale jednak oferta jest dużo bardziej zakręcona.

Przyczyniło się to do rozwoju jeszcze jednego trendu w rowerom światku, dużo większego od przelotnych nowinek sprzętowych. Ten trend to ich hejtowanie. Problem w tym, że nawet małpa potrafi nasrać na wszystko dookoła. Ruszenie głową i zrozumienie pewnych zależności to już wyższa szkoła jazdy.

Poniżej znajdziesz moje przemyślenia na ten temat. Możesz je traktować jak swego rodzaju manifest tego bloga, który w dużym stopniu skupia się na nowinkach sprzętowych i przyjmuje je z dużo większą tolerancją, niż przeciętny użytkownik forum internetowego.

Czy producenci chcą na nas zarobić?

Wszystkiemu jest winien Diabeł Marketing. Jakaś zła masa, siedząca w biurze zadymionym od siarki i cygar, knująca w jaki sposób zmusić każdego bikera w Polsce do oddania swojego starego roweru na złom i kupienia nowego. A najlepiej kilku: carbonowego enduro, fatbike’a, gravelbike’a i e-MTB. Oczywiście wszystkie muszą być dużo gorsze od starego, bo stworzone tylko po to, żeby napchać kieszenie Diabła Marketinga grubymi dolarami.

Czy to brzmi sensownie? Na pewno brzmi znajomo…

Miejmy to więc za sobą: TAK, producenci chcą na nas zarobić. Po to pozakładali swoje firmy. Po to firmy pozakładali również wszyscy inni przedsiębiorcy. Pisałem o tym już przy okazji antystandardów.

Jeśli się nad tym chwilę zastanowić, to trzeba być wyjątkowym rodzajem idioty, żeby to kwestionować i piętnować…

Więc chodzi wyłącznie o kasę?

Żeby zarabiać, producenci muszą sprzedawać. Najlepiej coś nowego. Mogą np. co roku podpicować nieco swoje logo i okrasić je zestawem kolorów zgodnych z panującą modą. To dopiero byłby czysty zysk! Zamiast utrzymywać sztab inżynierów, raz zrobili by ramę i gotowe. Zamówiliby od razu tysiące egzemplarzy (koszty spadają!), a potem inwestowali tylko w grafików i marketingowców, którzy latami sprzedawaliby to samo. Resztę kasy mogliby przeznaczyć np. na budowę nowej Gwiazdy Śmierci.

Ale nie, producenci poszli inną drogą – zamiast powielać sprawdzone rozwiązania, bez przerwy kombinują, co by tu zmienić. I w dodatku zmienić na lepsze (lżejsze, sztywniejsze, płynniejsze…). Starają się przyciągać nowych ludzi do sportu. Ryzykują, wprowadzając nowatorskie produkty i wypełniając nowe nisze. Co więcej, nieźle im to wychodzi – ile potrafisz wymienić innowacji z ostatnich lat, które się nie przyjęły?

Patrząc na to z tej perspektywy: nadal twierdzisz, że o wszystkim decyduje tylko marketing?

projekt ramy MTB a marketing

Ja osobiście chętniej oddam swoje pieniądze firmie, która częściowo przeznacza je na ciągłe doskonalenie swojej oferty, niż co roku przyklejającej nowe naklejki na stary produkt. Fot. Butch Gaudy (CC BY-SA 2.0)

Czy chcesz, żeby więcej ludzi jeździło na rowerach?

Wspomniałem, że producenci starają się przyciągać nowicjuszy. Taki amator to czysty zysk. Nie tylko dla producenta roweru, ale dla całego rowerowego światka. Więcej ludzi na rowerach to większa świadomość społeczna, łatwiejsza walka o budowę tras, większy wybór w sklepach, więcej kumpli do wspólnej jazdy i więcej pieniędzy obracających się w branży.

Ale czy Ty, entuzjasto enduro, tego właśnie pragniesz?

Moim zdaniem: nie. Odnoszę wrażenie, że wielu z nas koniecznie chce bronić elitarności MTB. No bo kiedyś to było coś wyjątkowego! Tylko asy mogły sobie pozwolić na rower zdatny do jazdy po górach. I tylko asy były go w stanie w górach opanować. Bo zjechanie z Baraniej Góry na sztywnym rowerze z geometrią szosówki i niedziałającymi hamulcami to nie rozrywka dla piździpączków.

2000 Santa Cruz Heckler

Jeśli 15 lat temu byłeś wymiataczem, być może mogłeś sobie pozwolić na takie cudo. Ale pewnie tak jak większość, jeździłeś na jakimś sztywnym Authorze. / Fot. Bikepedia

Dziś da się to zrobić nawet na najtańszym markowym rowerze MTB. Stabilna geometria, hamulce tarczowe, amortyzacja, koła 29″ – to wszystko znacznie obniżyło próg wejścia w nasz sport. Ostatnie nowinki – zwłaszcza opony 27,5+ i elektryczne wspomagacze – jeszcze szerzej otwierają drzwi. Zamiast z nich korzystać, zatwardziali oldschoolowcy wolą je bezmyślnie krytykować.

Oldschoolowcy i ich wspaniałe maszyny

Doprowadziło to do zabawnej sytuacji: zwolennicy starych rozwiązań krzyczą w Internecie głośniej od „early adopterów”, czyli osób, które wszystkie nowinki łykają jak młody pelikan.

Pamiętasz, jak w artykule o oponach bezdętkowych napisałem, że „nikt już nie jeździ na dętkach„? Była to ewidentna, nie mająca nic wspólnego z prawdą zaczepka. Mimo to od razu wypełzły tłumy zatwardzialców chełpiących się tym, że wcale że nie, że to nieprawda, bo właśnie że oni jeżdżą na dętkach, nie zamierzają tego zmieniać i są z tego dumni bardziej, niż weterani Love Parade.

To samo – tylko bardziej – dotyczy gorąco umiłowanych przez oldschoolowców kół 26″. Fatbike? Fanaberia hipsterów. Cokolwiek związanego z prądem? Łomatkoicórko, lepiej trzymać się z dala od tego tematu…

Czy ten marketing w ogóle Cię dotyczy?

Najgorsze, że zazwyczaj są to osoby, które nawet nie próbowały jazdy na oponach bezdętkowych czy większych kołach, a z rowerami elektrycznymi czy fatbike’ami mają kontakt głównie w reklamach. W dodatku są równie odporni na argumenty, co Nokia 3310 na upadki.

Narzekają z samego strachu przed zmianą.

Nawet, jeśli zmiana w ogóle ich nie dotyczy.

Faty i e-bajki nigdy nie wyprą klasycznych rowerów, tak jak elektryczne przerzutki nigdy całkowicie nie zastąpią linek. Większość innowacji, które przyciągają do rowerów nowych ludzi, to nowe kategorie produktów. Funkcjonujące równolegle do tego, co lubimy najbardziej.

To tak, jakbyś narzekał, że Santa Cruz, poza rowerami enduro, ma też w ofercie zjazdówkę i przełaja, i w związku z tym, lada dzień wszyscy będziemy musieli jeździć na rowerach z 210 mm skoku i hamulcami cantilever.

Santa Cruz V10 cyclocross CX10

Tak by to mniej więcej wyglądało…

Kto w takim razie kreuje potrzeby?

To nas prowadzi do najciekawszego zagadnienia: skoro nie ma parcia na innowacje, to kto decyduje, jakie rowery pojawiają się w sklepach?

Wydawałoby się, że to klienci dyktują producentom, co chcą kupować. Tyle że wprowadzenie nowego produktu na rynek trwa jakieś 2-3 lata. A ja nie przypominam sobie, żebym w lipcu 2012 zadzownił do Treka zgłosić konieczność poszerzenia piast w związku z tym, że za 3 lata będę chciał przesiąść się na koła 27,5+.

Mam swoją teorię, że sporo do powiedzenia mają… małe marki. Szybko reagujące na sygnały z rynku i wykorzystujące nisze zbyt małe i niepewne dla Gianta, Treka czy SRAM-a. I jak na ironię, pozbawione całej tej marketingowej machiny, na którą wszystko zwalamy. Skoro bez jej pomocy Surly od kilku lat sprzedaje rowery „plus”, to może warto pociągnąć ten pomysł? Zgaduję, że tak właśnie pomyślał product manager Treka, Rocky Mountain czy Scotta.

Do tego dochodzą starocie. Tzn. zapomniane rozwiązania, które teraz są wskrzeszane i udoskonalane, niczym kolejne generacje Terminatora. Ostatnio jest tego całkiem sporo. No bo przecież 3-calowe opony i owalne zębatki to żadne rewolucyjne odkrycie! Po prostu zostały dostosowane do dzisiejszych możliwości technologicznych.

Inżynierowie biorą więc taki tygiel pomysłów i próbują wydestylować z niego nowe koncepcje rozwoju na kolejne lata. Rzadko więc są to koncepcje „z dupy” – raczej są ewolucją obecnych rozwiązań (jak „plusy”, mieszające 650b z 29erem i fatbikiem) lub czerpią z innych branż (zamiłowanie do elektroniki rodem z motocykli).

A co z tym nieszczęsnym Boostem? Cóż, to już efekt uboczny wprowadzania tych koncepcji w życie…

Czy jesteś gotów zapłacić za postęp?

W tekście o trendach 2017 napisałem, że rury podsiodłowe ram muszą urosnąć, żeby popchnąć niezawodność sztyc regulowanych. Pojawił się komentarz: poprawa niezawodności – jak najbardziej! Ale tak, żeby nie trzeba było nic zmieniać.

Z Boostem jest tak samo: każdy chce krótki wahacz przy dużych kołach, ale jak pojawia się nowy standard, który to umożliwia, to jest wielkie rozczarowanie.

Jazda na niskim ciśnieniu bez ryzyka przebicia dętki jest spoko, ale pobrudzić sobie rączki mlekiem? Co to, to nie!

Nie da się udoskonalić roweru, jednocześnie… niczego nie zmieniając.

Zmierzam do tego, że nowoczesne rowery są naprawdę nieźle zoptymalizowane. Nie da się wprowadzić znaczącego udoskonalenia, jednocześnie… niczego nie zmieniając.

Kiedyś, żeby opony trzymały się podłoża, wystarczyło dać im sensowny bieżnik. Potem zaczęto kombinować z mieszankami. Potem z oponami bezdętkowymi (tu już zaczęły się schody z kompatybilnością). Wskoczenie na kolejny level trakcji znów wymaga nieco zachodu i wejścia w standard 29″/27,5+, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

To jest naturalna kolej rzeczy. Co więcej, nie wynika ona z tego, że marketingowcy to wredni ludzie. Wynika z tego, że wszyscy chcemy mieć przyczepne opony. Bezawaryjne sztyce. Krótkie wahacze i napędy o szerokim zakresie.

sklep-rowerowy-marketing-wybor

Czy większy wybór na rynku to aż taki problem? Czy faktycznie musisz to wszystko kupować? Nie – możesz dobrowolnie zrezygnować z tych wszystkich fajnych rzeczy i jeździć dalej na kołach 26″ z dętkami, jeśli czujesz taką potrzebę. I to bez trąbienia o tym na każdym kroku. Żaden rowerowy gigant Ci tego nie zabroni. / Fot. nikki (CC BY-NC 2.0)

Podsumowanie

Jasne, to działy R&D, z pomocą speców od marketingu, ostatecznie decydują o tym, co będziemy chcieli kupić za kilka lat. My tu marudzimy na Boosta, a oni już układają swoje stoisko na Eurobike 2019. Ale te ich pomysły nie biorą się z próżni i mniej lub bardziej (a w ostatnich latach: bardziej) wpasowują się w realne oczekiwania klientów.

Może nie zawsze są to konkretnie Twoje oczekiwania, ale to jeszcze nie powód, żeby jojczyć jak stara baba na te wszystkie nowinki, które tak naprawdę Cię nie interesują i nie są do Ciebie skierowane. A zwłaszcza te, które stopniowo sprawiają, że rowery są coraz lepsze i przyciągają do jazdy coraz więcej nowych osób. A jeśli dalej Cię to nie przekonuje, jeszcze raz przenieś się myślami do sklepu rowerowego z roku 2001…


Jeśli zgadzasz się z tym punktem widzenia, to udostępnij go proszę na Facebooku – może dzięki temu liczba narzekaczy spadnie chociaż o 1? A jak już jesteś taki fajny, to może chcesz też zapisać się do newslettera? ;)

Rzuć też okiem na powiązane artykuły – zwłaszcza ten pierwszy:

 

  1. „Nie – możesz dobrowolnie zrezygnować z tych wszystkich fajnych rzeczy i jeździć dalej na kołach 26″ z dętkami, jeśli czujesz taką potrzebę”.
    I tu jest pies pogrzebany, bo dziś tak, a jutro może nie. Cena za postęp jest taka, że Twoje koła, które kupiłeś dziś jutro oddasz za free, to samo z ramą, bo nie wspiera boosta. A im szybszy postęp tym bardziej Twój rower kupiony dziś za 15 koła jest warty bliżej 5ciu. Czy to sprawia, że gorzej jeździ ? Nie, ale sprawia, że tracisz kasę, a to ludzi denerwuje.
    No i inwestując sporo kasy nie masz pewności, że za 5 lat jakiejś części zamiennej nie będzie robił chińczyk z gównolitu, albo Chris King za worek diamentów.

    1. Dokładne. Ludzie nie narzekają na postęp, tylko na koszt jaki muszą ponieść żeby za nim nadążyć.

    2. muszę się zgodzić, to właśnie powoduje marketing. Ludzie co się g znają, dają sobie wmówić ze nie da się jeździć na 26″, na rowerze bez boosta itp bo to lansują firmy żeby nakłonić do kupna nowego sprzętu. Mimo tego niektóre sprawdzone sprzęty które można by już oznaczyć jako oldschool/retro trzymają cenę.

      Największą rewolucją ostatnich lat jest bez wątpienia sztyca regulowana, reszta zmian jest kwestią dyskusyjną, jedni zauważą różnicę, inni nie bo oprócz autosugestii, że tak jest lepiej ciężko im znaleźć różnicę. Dobrym przykładem są np amortyzatory – miliard ustawień, gadanie o rewolucji, innowacyjności a po weryfikacji rynkowej szał opada bo różnica nie jest tak dużą żeby dany uginacz był wart 5x więcej niż inne, a stary CCDB wciąż trzyma cenę :)

  2. Rzeczywiście największą rewolucją ostatnich lat w kategorii całkowicie nowych elementów jest sztyca regulowana.
    Wydaje mi się, że dużo ludzi nie docenia zmian w geometrii roweru jaka miała miejsce w ostatnich latach. Gdyby 5 lat temu ktoś powiedział mi, że przesiądę się na 27,5, to bym powiedział, ze zwariował – przez długi czas uważałem, że nowy wymiar kół to właśnie próba wciśnięcia mi jako klientowi nowego produktu, którego tak naprawdę nie potrzebuję. Dla wyjaśnienia – prawie 15 lat jeździłem na fullu 26″, 100 skoku z tyłu, 130 z przodu. Po przesiadce na fulla 27,5 mogę z całą pewnością powiedzieć, że największym osiągnięciem branży jest po prostu geometria. Okazało się nagle, że rower z większym skokiem jest w stanie o niebo lepiej podjeżdżać. Celowo nie wspominam tu o zjeżdżaniu, ale właśnie o jeździe w górę, bo to jest moje największe pozytywne zaskoczenie przy 27,5. Tym samym jak najbardziej podpisuję się pod treścią artykułu.
    Tak na marginesie: ta strona to kawał dobrej roboty, od pewnego czasu mój „daily reading” obok Pinkbike

  3. Jak śpiewa Znana Artystka

    „Kupiliśmy prawie wszystko,
    Ale wciąż nie mamy nic.”

    ;)

  4. Bardzo fajny blog. Jest tu dużo unikalnych treści i ciekawych przemyśleń, a do tego ciekawe dyskusje w komentarzach. Tak trzymać!!

  5. Jak zwykle prawda leży gdzieś po środku, artykuł trafny, postęp jest widoczny i odnoszę wrażenie, że na dzisiejszych rowerach można więcej. Ale jak wyżej trafnie parę osób zauważyło, że niekiedy koncerny robią nowości na siłę i niby rewolucję chcą sprzedać za przegięte pieniądze. Każdy chce zarobić wiadomo, ale robią też z ludzi frajerów, albo oni sami się dają zfrajerzyć. Jak biker jest doświadczony zna swoje preferencje i ma jakies tam zapatrywania indywidualne na rowerowanie to też nie da sobie wcisnąć byle czego. Ja jako biker czuję się trochę osaczony ze swoimi kołami, mocnymi i lekkimi 26, sztywną ramą ns eccentric z rurek tange i niezniszczalnym amortyzatorem rs domain. Mało to nowoczesne, ale bardzo przyzwoitej jakości, ten zestaw jest piękny w swojej prostocie, (magia smukłych zgrabnie połączonych stalowych rurek) i równie pięknie jeździ, amor ma regulacje skoku i z geo mogę kombinowac do woli, a wybiera tak, że nowe zajebiste powietrzne pajki kolegów mogą się schować i ratował mi dupę wielokrotnie.Do swojego rodzynka dokupuje rzeczy które są praktyczne i na bieżąco go ulepszam, ( nowy trend z szerokimi kierownicami jest bardzo dobry) Jak ma się solidną podstawę to mozna ją tak ulepszać ze staję się coraz lepsza, bez konieczności wymieniania sprzętu co dwa sezony i sprzedawania nerki w tym celu. Postęp jest bardzo dobry, ale ślepa pogoń za nowościami i zapominanie o sprawdzonych rozwiązaniach tez trochę bez sensu. Trzeba wiele rzeczy brać na chłopski rozum, że tak powiem i nie dać się zwariować ;)

  6. Ciekawy artykuł, zresztą jak pozostałe na tym blogu.
    Jednak moim zdaniem pominięto jedną ważną rzecz. Standardy odchodzące nieco do lamusa przestają być wspierane i oferowane (zwłaszcza w przypadku wyższych grup osprzętu). Poszukajcie kasety wyższej grupy na 8 biegów, to samo z manetkami i pewnie wieloma innymi elementami. Jestem świadom, że chcąc przejść np. na napęd paskiem muszę ograniczyć się do ram z rozkręcanym tylnym trójkątem ale myślę, że użytkowników szczególnie denerwuje „zmuszanie” do przejścia na nowe rozwiązania (ilość biegów, standardy piast a zwłaszcza osi). Jedna zmiana pociąga za sobą 3 inne i dochodzimy do momentu gdy „taniej” zmienić ukochany, latami składany i dopieszczany sprzęt,

  7. Takie trochę pitolenie o szopenie a prawda jest jedna:
    Niech każdy z Was pomnoży swoją pensję przynajmniej CZTEROKROTNIE i odpowie sobie na pytanie jakim rowerem by jeździł i czy przejmowałby się faktem konieczności wymiany/apgrejdu jakiejś części…

    A tak właśnie wygląda życie „na zachodzie”…

  8. Budyniu, ja lubię grzebać przy rowerze, jak czegoś nie zmienię po swojemu to się źle z tym czuję i jak coś zrobię samemu i po swojemu to dopiero wtedy sprawia mi satysfakcję jazda na moim własnym składaku ;) i robię wszystko sam od serwisu amora po składanie kół itp. Mam aktualnie kilka samodzielnie złożonych rowerów, tzw. górski, holender, i tydzień temu zaliczyłem testowe jazdki kolejnym wynalazkiem, ni to szosa ni to ostre ni to mieszczuch :) Majsterkowanie to dla niektórych jeden z nieodłącznych i bardzo ważnych elementów tego hobby ;)z dowalonego zardzewiałego złomu potrafię zrobić całkiem zacny przyrząd do jeżdżenia, to satysfakcja jak znajomi wybałuszają oczy i się dziwią ze to ten sam rower co niedawno wyglądał jak złom. wyrzucić kupę siana w bezmyślny sposób to nie sztuka. Jakbym zarabiał więcej to bym składał dalej, tylko zakupiłbym sobie oddzielny garaż na same rowery ;)trochę odbiegliśmy od tematu to strona enduro, a tu wszystko musi być nowoczesne :P ;) ja enduro jeżdze już jakieś 10 lat tylko o tym nie wiedziałem, dopiero branża rowerowa mnie w tym uświadomiła ;) mam nadzieje że szydera nie będzie odebrana na poważnie ;)

    1. Renowacja „gratów” to super zabawa, ale najlepiej sprawdza się właśnie w przypadku starych szosówek czy rowerów miejskich (sam mam takiego 26-letniego Rometa). Czasem mnie kusi, żeby złożyć sobie jakiś dawny rower marzeń (Orange Ms Isle, Santa Cruz Heckler, Appalache Real…), ale ostatecznie fun w garażu przegrywa z funem na szlaku ;) A ten jest zdecydowanie większy na nowoczesnym sprzęcie.

  9. Szymon Łukasiewicz

    „wszystko lykasz jak młody pelikan ” już to chyba gdzieś słyszałem :D

  10. Osiągnęliśmy taki punkt ewolucji roweru górskiego, że nie ma już co liczyć na przeskok w stylu stal/alu, HT, 26″, 40-60 mm, 3x 5-6, cantilivery, stroma geometria –> kompozyt, full, 27,5-29″, 100-200 mm, 1-2x 11, hydrauliczne tarcze, elektryczne przerzutki, automatycznie regulowane/blokowane zawieszenie.

    Rowery będą się starzeć co raz wolniej, bo zbliżamy się do ściany. Koła już od dawna nie rosną (nawet 29″@200 mm to wciąż pieśń przyszłości). Osi nie można pogrubiać i poszerzać w nieskończoność. Przekosy łańcucha ograniczają maksymalną możliwą ilość koronek w kasecie (stawiam, że do 13-15). Geometrii tez nie można w nieskończoność uprogresywniać.

    W zasadzie dużo można zrobić jeszcze tylko w kwestii wagi rowerów ścieżkowych. Przykładowo, przy tym samym zawieszeniu i osprzęcie (Pike, Monarch Plus, pełne XT) aluminiowy(!) WFO 9 waży tyle co Reign Advanced 1 (sic!). Z kolei w wypadku ścigaczy XC chyba nie ma na razie co liczyć na mniej niż ok. 9-10 kg.

  11. Diabeł mieszka w lustrze w Twojej łazience, przyjrzyj się dokładnie. Rower górski to maszyna poddana niezliczonej ilości zmiennych, wynikających z doboru komponentów, ich ustawieniami, potem warunkami na trasie, przeciętnym prędkosciom, wreszcie budowie psychicznej i fizycznej rowerzysty, jego umiejętnościom, wytrenowaniem a także predyscpozycjami genetycznymi. Badania naukowe nad wpływem konkretnych rozwiązań na czasy przejazdów nie istnieją, bo istnieć nie mogą (nawet SPD kontra Platfusy nie zostały jeszcze naukowo rozstrzygnięte), stąd przytłaczająca większość podawanych w broszurach właściwości danego komponentu, czy geometrii ramy jest niczym więcej tylko założeniami producenta jak coś ma się zachowywać, podmalowane marketingowym slangiem. Są jednak przedstawiane i bronione przez anty hejterów jako prawa fizyki, tyle że selektywnie. Niektóre wynalazki jak dropper, najnowsze opony czy hamulce tarczowe robią wielką różnice, natomiast zmiany rozmiarów… tu już bywa różnie. Każdy kto ma odrobinę pojęcia o geometrii i statyce, wie, że Boost nie wnosi praktycznie niczego do rowerów, które nie są „PLUS” – wystarczy wrysować to w CADzie by zobaczyć, żę kąty szprych pozostają praktycznie bez zmian. Intencja dobra, większość piast przednich 20mm marnuje dostępną szerokości rozstawu kołnierzy. Tylko dlaczego nie poszli na całość i nie walneli 157mm? W skrócie mówiąc wszystko idzie do przodu i cel uświęca środki, ale nie można wymagać, żeby każde pierdnięcie zasługiwało na głebokie zaciągnięcie się i opiewanie jako zapachu fiołków. Jeśli lubi się migdałki to trzeba czasem przegryźć gorzkiego. Połkniesz go czy wyplujesz, decyzja należy do Ciebie

  12. Moze jakies konkrety!

    Duzo pierdolenia o przewadze WIelkiej Noxcy nad Bozym Narodzeniem.

    Jesli uwazasz ze w 2001 rowery niczym sie nie rozni9ly to znaczy ze nie masz pojecia o rowerach.

    Gowniany artykol ktory nic nie wnosi, taki esej o pedalowaniu przed siebie.

    1. Macieju, albo nie przeczytałeś całego tekstu, albo go nie zrozumiałeś :P Bo opiera się własnie na tym, JAK BARDZO różnią się dzisiejsze rowery od tych z 2001. Na pewno mamy dziś nieporównywalnie większy wybór, niż wtedy.

  13. Michale, Maćkowi chodziło o to, że w 2001 roku poszczególne rowery różniły się od siebie, a Ty stwierdziłeś, że nie. Czytanie ze zrozumieniem nie boli…

    Podobnie jak kilku przedmówców uważam, że ludzi nie tyle wkurzają nowości, co szybkość w jakim starzeje się sprzęt kupinny za dość konkretną kasę sezon czy dwa temu.
    Inna sprawa, że niektóre nowości są wprowadzane na siłę, żeby właśnie zarobić kasę, a nie faktycznie coś poprawić… ale co ja tam wiem.

    1. Wiem że o to chodziło – dlatego piszę, że dziś mamy nieporównywalnie większy wybór. Jak zestawisz dzisiejszą zjazdówkę, fatbike’a i jakiegoś elektryka, to jednak okazuje się, że na tym tle rowery z 2001 były „takie same”.

      A co do szybkości starzenia się sprzętu, to chyba niefortunne sformułowanie… Sprzęt starzeje się dokładnie tak samo jak kiedyś. Po prostu szybciej pojawiają się inne nowinki, które też chciałoby się mieć.

      To jest ciekawy paradoks – z jednej strony na nowości narzekają ludzie, którzy chcieliby żeby zmiany w nowych rowerach postępowały jak najwolniej.
      Z drugiej strony: byle nowinka wytrąca ich z równowagi i powoduje, że uważają swój sprzęt za „stary”…

Dodaj komentarz do tekstu Diabeł Marketing – kto rządzi branżą?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Ile skoku powinien mieć rower enduro?

Porady, Sprzęt / 

Jaki ma być rower do enduro? Jakie powinien mieć cechy? Jaki wybrać? O kilku dylematach już napisałem: wiesz już, jakie znaczenie ma rozmiar kół i dlaczego nowoczesne rowery mają geometrię progresywną (i o co w ogóle w geometrii chodzi). Pisałem też o wyposażeniu: jakie wybrać pedały, czy warto pchać się w opony bezdętkowe i dlaczego sztyce regulowane są największą rewolucją ostatniej dekady. Ale wielu z nas ma dylemat na dużo bardziej elementarnym etapie: ile skoku powinien mieć rower do enduro?

Po pierwsze, rower do enduro nic nie powinien, ale o tym za chwilę ;)

Po drugie, praktycznie wszystkie rowery enduro mają 160 mm skoku. No i bach. Po artykule. Dziękuję za uwagę. Jeśli Ci się podobało, udostępnij na fejsbuku!

Ile skoku w rowerze enduro? 160 mm

Ciekawostka behind the scenes: na etapie powstawania 1Enduro, długo się zastanawiałem, czy nie nazwać strony 160mm.pl. Miałem już nawet szkice logo!


No dobra, ponieważ przyzwyczaiłem Cię do większej wylewności, zadam pytanie z tytułu nieco inaczej:

Dlaczego rowery enduro mają 160 mm skoku?

A dlaczego nie?

Zady i walety większego skoku

  • Lepsze połykanie dużych przeszkód (Captain Obvious do usług!);
  • Większy komfort i czułość na małe nierówności – przez większy SAG i większą komorę negatywną;
  • Szerszy margines bezpieczeństwa, rower wybacza więcej wtop, jak niedoloty czy niezbyt trafiony wybór linii;
  • Lepsza przyczepność i kontrola nad rowerem.
  • Zjawisko pływania w skoku, czyli niestabilność geometrii w wyniku odciążania/dociążania/hamowania;
  • Wrażliwość na jakość tłumienia – zawieszenie musi być wysokiej klasy, żeby zachowało uniwersalność;
  • Trudności dla projektanta (i potencjalne kompromisy) z zachowaniem miejsca na koło przy pełnym ugięciu;
  • Zazwyczaj większa masa wymuszona większą sztywnością i zazwyczaj nieco innym przeznaczeniem.

Oczywiście odwrotne zady i walety mają rowery o skoku mniejszym od nominału. Największą zaletą małego skoku jest więc bardziej stabilna geometria, bez konieczności stosowania wyrafinowanych systemów tłumienia, a więc lepiej jeżdżące rowery z niższej półki.

Skok a geometria

No właśnie, geometria. Jeśli pamiętasz warunki zajebistości roweru, to wiesz, że geometria jest najważniejszym czynnikiem związanym ze sprzętem, a wielkość skoku nawet nie załapała się do Top5.

Geometria jest też powodem, dla którego w ostatniej dekadzie panował pęd za coraz większym skokiem. Dużo osób do jazdy po górach kupowało bikeparkowe rowery ze skokiem 170-180, a nawet 200 mm. Z kolei na fulle ze skokiem 130 mm nikt nawet nie patrzył, traktując je jako przerośnięte rowery XC. Bo takie właśnie były!

Ile skoku do enduro?

GT Distortion: 115 mm skoku z tyłu i kąt główki ramy 66,5 stopnia. Rower tak zakręcony, że mógłby występować w japońskich teleturniejach. / Fot. GT

Jednak z czasem pojawiły się rowery o stosunkowo niewielkim skoku, ale z geometrią parę lat wcześniej kojarzoną z DH. Okazało się, że „przerośnięte rowery XC” wcale nie jeździły dupiato z powodu marnych 130 milimetrów skoku, ale przez krótkie i wysokie ramy, 70-stopniowy kąt główki i mostki sprzedawane na metry.

Producenci sprawnie to podchwycili i tak oto… BUM! Narodziły się rowery enduro.

Troszkę oczywiście podkoloryzowałem, ale chcę Ci powiedzieć, że dziś nie musisz już kupować roweru z dużym skokiem, żeby jeździć szybko, bezpiecznie i fajnie. Raczej powinieneś zastanowić się, gdzie i jak zamierzasz jeździć.

Skok a teren i styl jazdy

Pytanie z tytułu wpisu zadam więc jeszcze inaczej:

Ile skoku musi mieć MÓJ rower do MOJEGO enduro?

Żeby ułatwić Ci odpowiedź na to pytanie, opiszę Ci idealnych użytkowników rowerów o danym skoku.

Pro Tip: kup rower z kategorii, w której najwięcej razy powiedziałeś sobie „to ja!„.

XC/Trail: 100-120 mm

  • mieszkasz daleko od gór;
  • lubisz jeździć szybko i efektywnie, masz licznik i pulsometr;
  • na Stravę co chwilę wrzucasz tripy 100 km+, z kilkoma KOM-ami na podjazdach;
  • jak już wpadasz w góry, jazdę traktujesz turystycznie/treningowo;
  • chętnie odwiedzasz Singltreka pod Smrkem, a Twoją ulubioną „górską” trasą jest Twister;
  • zupełnie nie zależy Ci na zawodach enduro, ale planujesz kilka startów w maratonach.

All-mountain: 130-140 mm

  • szukasz jednego roweru do wszystkiego;
  • w górach bywasz często, ale najbardziej lubisz RychlebySrebrną Górę;
  • czerpiesz przyjemność z podjazdów, ale priorytetem jest dla Ciebie efektywność w górach, a nie szybkość na szutrach;
  • lubisz dłuższe, całodniowe wyrypy (>50 km) po najciekawszych szlakach w okolicy;
  • startujesz w zawodach enduro i maratonach, ale nie spinasz się na wynik.

Enduro: 150-160 mm

  • w górach jesteś praktycznie co weekend, a na Rychlebach witają Cię po imieniu;
  • interesuje Cię przede wszystkim szybkość i stabilność na zjazdach;
  • podjazdy prawie zawsze robisz o własnych siłach, ale na luzie;
  • Twoje wycieczki rzadko przekraczają 40 km, ale zaliczasz wszystkie ścianki w okolicy;
  • często odrywasz się od ziemi;
  • startujesz w zawodach enduro, a „maratony są dla frajerów i golinogów”;
  • kilka razy w roku dla zabawy i treningu zaglądasz do bikeparków.

FR/superenduro: 170-180 mm

  • masz kumpli zarówno na rowerach enduro, jak i DH;
  • startujesz w zawodach enduro i masz siłę, żeby nieco cięższy rower dowieźć na start OS-ów;
  • podjazdy/wypychy to dla Ciebie tylko konieczny etap przejściowy pomiędzy zjazdami;
  • regularnie odwiedzasz bikeparki i okazjonalnie startujesz w zawodach DH;
  • sporo skaczesz i rozróżniasz whipa od tailwhipa.

DH: 200 mm i więcej

  • słowa „podjazd” i „wyciąg” traktujesz jak synonimy. Z angielskich wolisz „uplift” od „uphillu”;
  • Strava kojarzy Ci się z jedzeniem;
  • w zasadzie mieszkasz w bikeparku;
  • liczysz punkty w generalce sezonu DH;
  • 3-metrowy stolik to dla Ciebie „nierówność terenu„, a nie „hopa„;
  • masz konto na Snapchacie.

 

nicolai-super-monster

…a może 300 mm? / Fot. Pinkbike

A co z hardtailami?

O nich rozpiszę się w innym artykule, a tu chciałbym tylko zaznaczyć, że w sztywnej ramie nie ma co przesadzać ze skokiem. W hardtailu i tak „jeździ się” przede wszystkim geometrią i oponami, a widelec ze 180 mm skoku nie zamaskuje faktu, że „wahacz” jest sztywny jak pal Azji.

Wręcz przeciwnie: w sztywnej ramie zjawisko pływania w skoku jest nieporównywalnie bardziej odczuwalne, bo rower nie ugina się równomiernie – zawsze nurkuje tylko przód. Geometria przy dużym skoku jest więc skrajnie niestabilna – w przybliżeniu, ugięcie o każde 20 mm zmienia kąty o 1 stopień.

Nietrudno więc wyliczyć, że w hardtailu z widelcem 180 mm, z raczej łagodnego 66-stopniowego kąta główki ramy przy dobiciu nagle robią się… 72 stopnie! Jak w racingowej szosówce!

Stromo…? Biorąc pod uwagę, że właśnie lądujesz arcyciężkiego dropa, albo wklejasz się w bandę z prędkością warp3… / Fot. Dartmoor

Dlatego w hardtailach nie polecam przekraczać 140-150 mm – tyle wystarczy do efektywnej kontroli nad rowerem, a przynajmniej geometria będzie bardziej przewidywalna.

Skok a podjazdy

Choć powyższe zestawienie sugeruje, że rowery z małym skokiem lepiej podjeżdżają, to jednak chciałbym zmierzyć się z tym… mitem.

Wziął on się z tego samego źródła, co kupowanie rowerów z za dużym skokiem: geometrii. Po prostu rowery z większym skokiem zawsze miały geometrię bardziej nastawioną na zjazdy, w dodatku obarczoną ograniczeniami wynikającymi z projektowania zawieszenia o dużym skoku, o których wspomniałem wcześniej. Głównie rozchodzi się tu o kąt rury podsiodłowej i długość ramy.

Obecnie parametry te sprzyjają podjeżdżaniu również w rowerach o skoku 180 mm. Prawdopodobnie dlatego wymyślono nową, modną nazwę „superenduro”, w miejsce antycznej „FR” (gimby nie znajo).

scott-genius-lt

Ten sam producent, podobny skok…

scott-voltage-fr

…a jednak przeznaczenie całkiem inne. / Fot. Scott

Nowoczesne rowery od dawnych freeride’ówek dramatycznie różnią się tez jakością pracy zawieszenia.

Skok a jakość pracy zawieszenia

Zarówno sama kinematyka poszczególnych systemów, jak i jakość pracy amortyzatorów/damperów, w ostatnich latach poszły ostro do przodu. Coraz częściej teamowi zawodnicy Foxa czy Rock Shoxa jeżdżą na całkiem seryjnym sprzęcie – bo jest tak dobry. W czasach stopniowych, ewolucyjnych zmian, łatwo o tym zapomnieć – w takim wypadku warto przejechać się na dowolnym fullu sprzed (zaledwie!) 10 lat.

Skok i jakość pracy zawieszenia łączą zależności, które podsumowałbym tak:

  1. Przeciętne zawieszenie łatwiej poradzi sobie z mniejszym skokiem.
  2. Z drugiej strony: wybitne zawieszenie jest tak dobre, że nie potrzebuje dużego skoku.
  3. Ale: wybitne zawieszenie potrafi tak zapanować nad dużym skokiem, że nie przeszkadza on ani na zjazdach, ani na podjazdach.

Innymi słowy: jeśli myślisz nad rowerem z dopracowanym zawieszeniem i wypasionym damperem/amortyzatorem, nie musisz się zbytnio martwić skokiem i spokojnie możesz skupić się na geometrii/przeznaczeniu danego modelu.

Yeti SB6C - ile skoku do enduro?

„Zaledwie” 152 mm skoku nie przeszkadzają Yeti SB6c być jednym z najszybszych rowerów enduro. Ceny zaczynające się od 32 tys. zł mogą mieć z tym jakiś związek. / Fot. Yeti

Jeśli jednak szukasz czegoś taniego, to wbrew pozorom, na rowerze o skoku 140 mm możesz czuć się pewniej, niż mając do dyspozycji słabo zaprojektowane i kiepsko tłumione 180 mm. Zwłaszcza, jeśli dodatkowo postawisz na duże koła.

Skok a wielkość koła

W artykule o rozmiarach kół do enduro wspomniałem, że koła 29″ dają efekt porównywalny do zwiększenia skoku zawieszenia o 20 mm. Wynika to z łagodniejszego przetaczania się po przeszkodach, lepszej przyczepności i większej stabilności dużej kichy. Jest to jeden z powodów, dla których 29er-y mają zwykle ciut mniejszy skok od swoich odpowiedników na kołach 26″ czy 27,5″.

Koła 29″ dają efekt porównywalny do zwiększenia skoku zawieszenia o 20 mm

Drugi powód to wspomniane już ograniczenia przy projektowaniu – miejsce na większe koło przy pełnym ugięciu samo się nie zrobi.

Niemniej jednak, możesz przyjąć, że 29er o skoku 140-150 mm to odpowiednik typowego enduraka o skoku 160 mm. Weź to pod uwagę przy robieniu testu „Skok a teren i styl jazdy”. To samo dotyczy nowej fali rowerów na kołach 27+, o których mam nadzieję napisać już niebawem.

kona-process-111-skok-enduro

Rower ze zdjęcia jest uważany za jeden z najfajniejszych rowerów enduro. To Kona Process 111, która braki w milimetrach skoku perfekcyjnie nadrabia milimetrami w geometrii i średnicy kół. / Fot. Kona

Skok z przodu a skok z tyłu

Na koniec słowo o mieszaniu skoku. Czyli w praktyce: z przodu więcej, niż z tyłu. Odwrotna różnica jest bez sensu, zdarza się bardzo rzadko i raczej nigdy nie przekracza 10 mm – co nie ma większego znaczenia.

Stosowanie widelca ze skokiem większym od skoku tylnego zawieszenia ma sens w paru sytuacjach:

  • tuning roweru pod kątem ostrzejszych zastosowań – patrz rower EVO;
  • rowery ze skrajnie progresywną geometrią, wymagających agresywnego dociążania przodu – dodatkowy skok pozwala zmniejszyć związane z tym zmęczenie rąk;

Jednak w obu przypadkach nie polecam przekraczać skoku tylnego zawieszenia o więcej, niż 20 mm!

  • większość ram nie jest do tego przystosowana – bardzo ucierpi geometria (zwłaszcza kąt rury podsiodłowej i wysokość suportu);
  • trudno będzie dobrze (zrównoważenie) zestroić przednie i tylne zawieszenie.

Podsumowanie

Jak widać, wybór roweru pod kątem wielkości skoku jest nieco bardziej zakręconym zagadnieniem, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Pierwsza wersja artykułu skończyłaby się po ok. 110 znakach, a rozwinięcie pochłonęło kolejne 1200 (sorry!), więc można powiedzieć, że nawet 12 razy bardziej zakręconym.

Jeśli wiesz, że chcesz typowy rower enduro, to sprawa jest w zasadzie prosta. Ale jeśli mieszkasz na nizinach, startujesz czasem w maratonach, odwiedzasz bikeparki albo myślisz o kołach 29″, opcje zaczynają się mnożyć. Staraj się jednak unikać uproszczeń i kategoryzowania rowerów tylko na podstawie milimetrów skoku, bo takie cechy, jak geometria czy jakość zawieszenia, mają dużo większy wpływ na odczucia na szlaku! Bo z ilością skoku jest trochę jak z długością penisa – niby o niczym nie przesądza, a jednak to właśnie o niej wszyscy mówią.

Ile skoku w rowerze enduro?

Fot. Santa Cruz

PS. Tym razem serio: jeśli dowiedziałeś się czegoś ciekawego, udostępnij proszę artykuł na fejsbuku! :)


Powiązane wpisy:

 

  1. – To ile pan ma?
    – A pan?
    – Czte…
    – Sze…
    – Piętnaście!

    :)

  2. A mówią że nie pędzel się liczy, ale jak kto nim maluje :P

  3. Ponieważ ostatnio mam mało czasu i góry to dla mnie luksus na jaki mogę sobie pozwolić max. 5 razy w sezonie, ideałem okazał się Primal 29er + wideł ze skokiem 130mm :)

  4. Lubię dłuższe wyrypy, kilkanaście razy >60km w górach pękło, >100km asfaltu szybkim tempem na sztywnym MTB to nie problem
    Jeżdżę z pulsometrem i „licznikiem”
    Korzystam ze Stravy
    Lubię techniczne ścianki
    Bywam w bikeparkach
    Nie ścigam się w zawodach
    Mam rower o skoku 170mm
    Uważam, że maratony są dla golinogów
    Lubię polatać
    Lubię podjazdy

    Jakiś dizwny jestem, bo nie wpasowuję się w żadną z kategorii ;)

    1. mam podobnie ;>

  5. Ja na swoim Geniusie 740 pojechałem w tym roku wszystkie edycje GogolMTB i powiem szczerze, że fantastycznie spisywał się na podjazdach, a na zjazdach miałem mega przewagę nad golinogami właśnie dzięki geometrii enduro i pełnemu zawieszeniu (kiedy oni zwalniali – ja przyspieszałem). Także ogólnie można powiedzieć, że rower endjuro do wszystkiego się nada :)

  6. Zanim wogole zagłębiłem sie w ten artykul, pomyslalem ze ilosc skoku zalezy przede wszystkim od terenu w ktorym dany rower ma byc uzytkowany, czyli „Ile skoku musi mieć MÓJ rower do MOJEGO enduro?” Z twojego zestawienia „genotypow” :) wyszlo mi ze JA to enduro, tymczasem lokalnie jezdze na sciezkowcu, a na gory mam rower o wiekszym skoku. Nie rozumiem tylko dlaczego wedlug Ciebie kazdy startuje w jakichś zawodach? Ne mozna po prostu bajkowac z pasji?

    1. Oczywiście, że nie każdy startuje w zawodach – ale jak już startujesz, to możesz znaleźć swoje „tak” w każdej z kategorii, zależnie od swoich preferencji. Jeśli ściganie nie sprawia Ci przyjemności, po prostu pomijasz tą wskazówkę.

      Myślę, że mało jest osób, które w 100% idealnie pasują do którejkolwiek z tej kategorii (spełniają każde kryterium) – chodzi o pokazanie typowych wzorców, do których możesz się odnieść.

      1. Witam
        Trafiłem na niniejszy artykuł w związku z nurtującym mnie pytaniem czy ma sens kupowanie amortyzatora przedniego ze skokiem o 20 mm większym aniżeli skok dampera (w moim przypadku tył to max 140 mm, chciałbym kupić widelec 160 mm). Czy zwiększenie skoku widelca ma sens skoro w trakcie jazdy będzie ograniczał mnie damper o mniejszym skoku ? Czy jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest kupno nowej ramy (roweru ) z większym tylnym skokiem ?

        1. Cześć Mariusz,
          Rzuć okiem na ten artykuł, w którym nieco szerzej opisałem tą kwestię:
          http://www.1enduro.pl/rower-evo-jak-dostosowac-rower-do-enduro/

  7. A ja jeżdzę dłuższe trasy 80+
    nie cierpie asfaltu
    Jeżdżę z licznikiem”
    Strava to jedzenie
    Lubię techniczne ścianki i dropy
    Bywam w bikeparkach
    Nie przepadam za dirtowymi hopami, ale lubie polatać
    Nie ścigam się w zawodach
    Mam hardtaila z skoku 160mm
    Uważam, że maratony są dla golinogów i odżywkożerców
    Daje rady na podjazdach

    IMHO na fullach w większości jeżdzą ludzie którzy nie umieją jeździć – kupują drogie zabawki i … i trzeba ich na Rychlabach non stop wyprzedzać. EOT.

  8. Trek Slash to najlepszy endurak na świecie! Jego zawias to dzieło sztuki

  9. A ja ściągając się na snabbie w Bielsku prawie doganialem na zjazdach gościa na sztywniaku z amorem 80mm ale na podjazdach słyszałem tylko szum jego oddalajacych sie opon. Co innego ze na ostanim odcinku (na nowym zielonym) gościu mial czas ze środka stawki dla tego ze jechał bez przedniej opony :D Wniosek – wszystko kwestią skilla

Dodaj komentarz do tekstu Ile skoku powinien mieć rower enduro?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Sprzedaż bezpośrednia czy zakup roweru w sklepie?

Opinie, Trendy / 

Niedawne uruchomienie programu direct-sales przez Treka wywołało powrót dyskusji o dominującym trendzie na rynku rowerowym, jakim jest sprzedaż bezpośrednia. O co chodzi? Marki takie jak Canyon, YT Industries czy Rose wysyłają swoje rowery bezpośrednio do klientów, pomijając pośredników (dystrybutorów i sklepy), oferując dużo lepsze wyposażenie i niższe ceny.

Jakie są zady i walety takiego rozwiązania? Czy warto jeszcze kupować rower w tradycyjnym sklepie?

Sprzedaż bezpośrednia w wykonaniu Treka

Trek jest pierwszym producentem tak dużego kalibru, który uruchomił sprzedaż bezpośrednią. Nawet jeśli program jest ograniczony do terenu USA, to i tak wzbudził duże poruszenie w całym rowerowym światku. Chciałbym jednak na wstępie zaznaczyć, że ich oferta bardzo się różni od polityki Canyona czy YT.

Przede wszystkim, pudło z rowerem nie trafi bezpośrednio do Ciebie, a do autoryzowanego sklepu, który optymalnie go przygotuje i pomoże w ewentualnych problemach – obowiązkowo. Czyżbyśmy więc dostawali „najlepsze z obu światów”? Niestety nie, bo nie przekłada się to na cenę roweru.

trek-logo

Dla klienta końcowego oznacza to więc konieczność zamówienia roweru przez internet (i mniejszy wybór lokalnie) – pozostaje więc podstawowy problem z wyborem rozmiaru. Do tego rower dalej kosztuje tyle samo, a w dodatku odpada możliwość negocjowania zniżki. Dla sklepu również oznacza to mniejszy zysk (o 20%), a kasa zaoszczędzona na pominięciu pośredników trafi do kieszeni producenta. Brawo Trek!

To oczywiście tylko jedno spojrzenie na nową ofertę. Można się sprzeczać, że dzięki temu sklepy nie będą musiały zamawiać rowerów na zapas, negocjować cen i tak dalej… Ale jako że system i tak działa tylko w stanach, to dalsza część artykułu skupia się na klasycznym modelu sprzedaży (w pełni) bezpośredniej.


Cena Czyni Cuda

Oczywistą zaletą sprzedaży wysyłkowej jest niższa cena. Powiedzmy sobie szczerze, współczesne rowery są cholernie drogie. Dla przeciętnego obywatela trzy średnie krajowe za najtańszy rower enduro z kompletem ciuchów i ochraniaczy to zaporowa kwota. Zwłaszcza, że producenci coraz wyraźniej skłaniają nas do kupowania co kilka lat nowego, kompletnego roweru, zamiast stopniowego ulepszania starego (pisałem o tym w tekście o standardach i antystandardach).

Producenci coraz wyraźniej skłaniają nas do kupowania co kilka lat kompletnego nowego roweru

Sprzedaż bezpośrednia oznacza więc łatwiejszy start dla początkujących. Również, jeśli zaszczepiasz bakcyla swojej drugiej połówce czy potomkowi, nie mając pewności czy w ogóle im się to spodoba.

Dla bardziej doświadczonych niższa cena przekłada się na mniej bolesny dostęp do nowinek osprzętowych (jak napęd 1×11) i aktualnych standardów (jak koła 27,5″).

YT Capra

Carbonowa rama, zawieszenie Rockshoxa, napęd 1×11 i biżuteria od Race Face – wszystko za mniej, niż 15 tys. zł. Najtańszy, aluminiowy Specialized Enduro jest o ponad 500 zł droższy. Daje do myślenia…

Tu jednak bezsprzeczne zalety sprzedaży bezpośredniej się kończą, a zaczynają się dylematy…

„Drodzy forumowicze, jaki rozmiar wybrać?”

Podstawowy problem z kupowaniem roweru przez Internet, to brak możliwości przymiarki i odbycia jazdy testowej. Kiedyś wystarczyło rzucić okiem na długość górnej rury i wszystko było jasne. Ale przy zmieniających się trendach w geometrii, coraz trudniej wybrać prawidłowy rozmiar roweru bez przejechania na nim choćby kilku metrów.

Coraz trudniej wybrać prawidłowy rozmiar bez przymiarki

Niektóre firmy starają się ratować sytuację oferując jazdy próbne przy okazji festiwali czy zawodów, ale trudno oczekiwać, żeby mieli we flocie testowej każdy model w każdym rozmiarze.

W teorii pomocne są też tabele i kalkulatory na stronach producentów. Niestety doświadczenie pokazuje, że trudno na nich polegać: nie wiedzieć czemu, zazwyczaj sugerują zbyt mały rozmiar, bardziej dezorientując, niż pomagając.

Ostatnią deską ratunku jest wymiana lub zwrot niepasującego roweru. Żadna marka „direct sales” nie robi z tym problemów, ale ponowne pakowanie i wysyłka roweru już sama w sobie jest problemem. Nie wspominając o czasie oczekiwania na prawidłowy rozmiar, który w najgorszym scenariuszu może się ciągnąć miesiącami.

Rower z IKEI – „zrób to sam”

Drugi zgrzyt to brak wsparcia ze strony sklepu/serwisu. Rower przychodzi w pudle, częściowo rozłożony i z grubsza wyregulowany. Kto kiedykolwiek kupował meble w IKEI, ten wie, ile może się z tym wiązać wkur… stresów. Pojawia się ryzyko nieprawidłowego montażu i ustawienia. Przede wszystkim dotyczy to dostosowania zawieszenia czy kokpitu do konkretnego ridera, ale dla osób początkujących problemem może być chociażby regulacja hamulców czy prawidłowe dokręcenie sterów.

Kupując rower online, zapomnij o priorytetowej pomocy serwisanta na dzień przed überważnymi zawodami

Jednak dobry sklep to nie tylko pomoc przy zakupie, ale też obsługa w trakcie użytkowania. Kupując rower online, nie licz na darmowy pierwszy serwis, czy priorytetową pomoc serwisanta na dzień przed überważnymi zawodami.

Kupując rower na miejscu, zyskujesz też możliwość zwrócenia się do sprzedawcy z drobnymi wątpliwościami i problemami („Czy to pęknięcie ma tu być…?„). W przypadku sprzedaży bezpośredniej, ewentualne problemy techniczne zawsze wiążą się z koniecznością pakowania i wysyłki roweru, a to nie tylko jest upierdliwe i czasochłonne, ale też skutecznie zjada część kasy zaoszczędzonej przy zakupie.

Sprzedaż bezpośrednia: karton Canyon

Odpakowywanie nowiutkiego roweru to sama przyjemność. Pakowanie zepsutego – już nie tak bardzo.

Co na to tradycyjne sklepy?

Jest też druga strona medalu: brak Twojego wsparcia DLA sklepu. Wszyscy oczekujemy, że w lokalnym sklepie zastaniemy bogaty zapas części do naszego roweru, akcesoria kilku marek, wybór ciuchów we wszystkich rozmiarach, swoje ulubione opony itd. Kupując rower online, nie dajesz jednak nic w zamian. Mówiąc wprost: nie dajesz sklepowi zarobić na zapełnienie półek rzeczami, których kiedyś będziesz potrzebował „na wczoraj”.

Nie dajesz sklepowi zarobić na zapełnienie półek rzeczami, których kiedyś będziesz potrzebował „na wczoraj”

Oczywiście pojawia się pytanie: kto dziś jeździ na seryjnym rowerze? Prędzej czy później pojawia się potrzeba upgrade’u czy skorzystania z serwisu. Wtedy lokalny sklep i tak okazuje się niezastąpiony i przecież zarabia na tym pieniądze, prawda? Trudno jednak oczekiwać, żeby utrzymywał się ze sprzedaży klocków hamulcowych, łatania dętek i regulacji przerzutek. Największe pieniądze zawsze są ze sprzedaży rowerów.

sprzedaz-bezposrednia-13

Jeśli w pierwszej chwili pomyślałeś, że to zdjęcie z Twojego garażu, to nie masz się czym martwić. W przeciwnym wypadku – prędzej czy później odwiedzisz serwis.

Co dalej ze sklepami stacjonarnymi?

Czy oznacza to śmierć sklepów stacjonarnych? Takich jakie znamy – tak. Lokalna fachowa pomoc zawsze jednak będzie potrzebna. Nowe trendy w sprzedaży wymuszą jednak na sklepach adaptację i uruchomienie marginalnych do tej pory sposobów zarabiania.

Przestaną one bazować na masowej dystrybucji sprzętu z katalogu, a bardziej skupią się na usługach skupionych na budowaniu relacji z klientami i indywidualizacji sprzętu i dodatków. Więcej o „sklepach jutra” napiszę już niedługo.

Podsumowanie

Jeśli jesteś początkujący, nie do końca znasz swoje oczekiwania i masz problem z samodzielnym doborem rozmiaru roweru, raczej pozostań przy lokalnym zakupie. Rzetelna pomoc sprzedawcy i serwisanta przełoży się na lepszy „experience” z późniejszej jazdy, a to jest warte jednorazowego dołożenia kilku stówek.

Jeśli nie wchodzi to w grę, to w wersji minimum, przymierz się do „swojego” modelu w dwóch sąsiadujących rozmiarach (sprawdź, czy producent pojawia się na demo-dayach), a po zakupie skorzystaj z pomocy dobrego serwisu w prawidłowym ustawieniu roweru pod siebie.

Sprzedaż bezpośrednia - Canyon po wyjęciu z pudełka

Jeśli masz jednak duże doświadczenie i dokładnie wiesz, czego Ci potrzeba, zakup bezpośredni jest bardzo kuszący. Pod warunkiem, że trafisz na model idealnie trafiający w Twoje oczekiwania (o swoich pisałem w teście Canyon-a Strive). Ze wszystkich firm sprzedających wysyłkowo tylko Rose umożliwia zmiany w konfiguracji rowerów.

Jak banalnie by to nie brzmiało, wybór między sprzedażą bezpośrednią a zakupem w sklepie tradycyjnym pozostaje więc indywidualną kwestią. Choć moim zdaniem dużo bardziej uzależnioną od posiadanego doświadczenia, niż budżetu. Niezależnie od wyboru, okaż czasem nieco czułości swojemu USR*, bo nie wszystko da się zastąpić zakupami online!

*USR – Ulubiony Sklep Rowerowy. Kto czytał pl.rec.rowery, ten wie ;)


Polecam też powiązane artykuły:


 

  1. Skąd wniosek że sklep Treka zarobi w przypadku takiej sprzedaży 20 procent mniej? To jakieś sprawdzone dane?
    Z tego co się orientuję to w cywilizowanym świecie pośrednie ogniwa (dystrybutor) nie jest pomijany w łańcuchu zarobkowym, nawet jeśli w preorderze sklep złoży zamówienie na kontener rowerów bezpośrednio z fabryki. Zwyczajnie nie przechodzą one przez magazyny i biura dystrybutorskie, to wszystko.

    1. Co do dystrybutorów, to masz chyba na myśli „normalną” sprzedaż rowerów przez sklepy internetowe? Ja w tym wpisie bardziej się skupiłem na typowej sprzedaży bezpośredniej, czyli prosto od producenta, który nie ma dystrybutorów. Tak, jak w markach wymienionych w artykule.

      Jeśli chodzi o zarobki sklepów w przypadku Treka, to mają one otrzymywać 80% standardowej marży. Źródło: http://www.pinkbike.com/news/behind-treks-click-and-collect-sales-2015.html

  2. A jak to wygląda sprawa z gwarancją?Co jeśli kupimy rower np. Canyon’a i nie robimy pierwszego przeglądu? Czy gwarancja dalej obowiązuje?

    1. Canyon nie wymaga „pierwszego przeglądu”.

      1. Dokładnie, po zakupie swojego pytałem o to przedstawiciela i powiedział, że są na tyle pewni jakości montażu swoich rowerów, że nie trzeba wracać z nimi do serwisu po miesiącu.

        No i inna sprawa, że rowery Canyona – z racji cen – trafiają głównie do świadomych i doświadczonych użytkowników, którzy sami wiedzą, co w ich rowerze trzeba zrobić po początkowym „dotarciu”.

  3. Miałem okazję korzystać z dwóch sklepów wysyłkowych. Pierwsze doświadczenie tego typu to sklep Commencal’a. Rowery dostępne nawet 30% od rowerów na lokalnym rynku. Kolejne doświadczenie to sklep Rose i możliwość własnej konfiguracji. Bardzo miła opcja, zwłaszcza dla doświadczonych rider’ów :)

  4. W branży motoryzacyjnej już od dawna działa model, w którym dealer (praktycznie) nie zarabia na sprzedaży samochodu. Marże są tak niskie, że trudno to nazwać zarobkiem. Zarabia za to na serwisie, sprzedaży części i doposażenia (akcesoria) oraz sprzedaży finansowania i ubezpieczeń.
    Tyle, że w branży rowerowej nie ma aż tylu elementów eksploatacyjnych na których serwis mógłby zarobić.

    Chciałem zauważyć, że w sklepach stacjonarnych już od pewnego czasu coraz trudniej jest kupić COKOLWIEK co wymaga przymiarki. Kaski, buty, ochraniacze czy nawet rękawiczki wymagają nierzadko celowania na chybił-trafił, bo w sklepie jest tylko 1szt/kpl na wystawie, który akurat jest powyżej/poniżej naszego rozmiaru.

    Sprzedaż internetowa już od kilku lat skutecznie spycha na margines sklepy stacjonarne. Hasło CCC jest faktem a sklepy off-line coraz częściej służą głównie za przymierzalnie wg. zasady „sprawdź off-line, kup on-line” (ROPO).
    Mam tylko wrażenie, że za jakiś czas spowoduje to pikującą tendencję upadku wielu sklepów. Nie tylko rowerowych.

  5. USR – jest ważne, ba mega ważne. Mam u siebie na dzielnicy otwarty stosunkowo niedawno sklep/serwis. Największym ich plusem jest to, że jest prowadzony przez ludzi, którzy od 15-20 lat jeżdżą, a rower to dla nich pasja oraz od pewnego czasu sposób zarabiania na życie. Nie ma problemu, którego by nie rozwiązali, robią wszystko z głową i wkładają w to serce. Dlatego co jakiś czas wyłączam swojego ekonomicznego demona i pozwalam im zarobić tylko po to, żeby istniejli jak najdłużej :)

    Drugi rower jaki kupiłem – Mongoose tyax expert 29er (kupiony w ciemno przez internet po przeanazlizowaniu jego geo), miałem z nim przykre doświadczenie – pęknięcie ramy na łączeniu górnej rury z podiosdłówką. A ponieważ Mongoose nie ma swojego oficjalnego dystrybutora w Polsce, a sprzedawca u którego kupowałem zwinął biznes wyglądało, że jestem w ciemnej doopie. Z ciekawości podszedłem z ramą do USR i chłopaki mimo tego, że u nich rower nie był kupiony załatwili mi wszystkie formalności z czeskim dystrybutorem marki. Efekt wymiana ramy (pomimo pęknięcia, które wielu producentów z góry odrzuca).

  6. Podzielam zdanie Marka Koresa. Jednak wydaje mi się, że jeżeli sprzedaż rowerów przesunie się w stronę online to głównie będą to tylko rowery specjalistyczne, AM, DH, Enduro czy szosowe wyższe modele. Myślę, że sklepy będą sprzedawać mniej takich rowerów. Za to uważam, że zupełnie w drugą stronę przesunie się sprzedaż podstawowych modeli dla zwyczajnych użytkowników rowerów – myślę, że sklepy będą dużo zarabiać na rowerach miejskich, elektrycznych, rowerach turystycznych i podstawowych modeli ht – xc/am :)

  7. „Czy oznacza to śmierć sklepów stacjonarnych? Takich jakie znamy – tak.” – Jeden z pierwszych artykułów z którym się zdecydowanie nie zgodzę. Najpierw piszesz o zdecydowanych plusach stacjonarnych czas, możliwość przymiarki, pomarudzenie a później, że ten model wymiera. Co do przeglądów zerowych to nie chodzi o pewność swoich produktów ale błache dociągnięcie linki, sprawdzenie śrub.
    Nie wielkie miasto 74tyś mieszkańców a ścigam klientów z całej Polski. Czym? A tym, że przykładowo Trance jest we wszystkich modelach i praktycznie pełnej rozmiarówce, Reign podobnie, masa kolejnych modeli Gianta dostępna na strzał palcami. Tym, że mamy w ekipie ludzi którzy ścigali się zawodowo na szosie i latają na poważnie w enduro. Sklep stacjonarny w tej chwili to już nie tylko biznes ale jak to ktoś pisał powyżej zajęcie dla ludzi z pasją. Moim zdaniem do obecnej sytuacji na rynku czyli internetowe vs. stacjonarne idealnie będzie pasowało „dostosuj się albo zgiń” co dobitnie pokazał obecny sezon.

    1. Marcin, w zasadzie to się zgadzasz, tylko może zbyt ogólnie się wyraziłem i nie do końca zrozumiałeś ;)

      Już niebawem opublikuję tekst, w którym dokładnie opiszę „sklep rowerowy przyszłości”, czyli taki, który nie umrze (wręcz przeciwnie!). Ale generalnie chodzi mi o to, co napisałeś: „Sklep stacjonarny w tej chwili to już nie tylko biznes ale jak to ktoś pisał powyżej zajęcie dla ludzi z pasją”.

      Z kolei „sklepy jakie znamy” to dla mnie właśnie typowe „biznesy” nastawione na opchnięcie jak największej liczby rowerów przypadkowym klientom, bazujące na dystrybucji mocnej marki, a olewające temat fittingu, tuningu, akcesoriów, ubrań i szeroko pojętego budowania relacji nie przekładających się bezpośrednio na zawartość kasy fiskalnej.

      Dla Ciebie nowoczesny sklep to codzienność, bo sam go tworzysz. Ale w moim 300-tysięcznym mieście i 2-milionowej okolicy takie miejsca można policzyć na palcach jednej ręki pracownika tartaku…

      1. Właściwie sklepów, które nie działają jednocześnie off- i on-line jest coraz mniej. Kłopot zaczyna się jednak tam, gdzie stock sklepu on-line jest czysto wirtualny, tzn. de facto jest stockiem dystrybutora (i to z nie do końca on-line’ową aktualizacją u tegoż dystrybutora). Pomijam już fakt, że niektóre sklepy tego dystrybutora mają… za granicą… Wtedy może to przypominać direct-sales gdzie na rower czasem czeka się kilka tygodni :)

      2. I tu jest jeszcze jeden „pies pogrzebany” który nas nieco hamuje przed otwarciem kolejnego wielkopowierzchniowego sklepu.
        Gdzie jest granica przy której sklep jest widziany jako pro, wiarygodny, przyjazny, do którego można przyjść i umówić się z serwisantem na kolejny wekendowy trip a drugą stroną przy której jesteśmy odbierani już jako typowy market w której osoby nas obsługujące odpowiedzialne są za rozłożenie towaru.
        Po swoim przykładzie widzę, że niby jesteśmy krajem na dorobku ale to co się stało w 2014/2015 z półką rowerów od 5tyś w górę to kosmos. Śmiem twierdzić, że takiej dynamiki nie osiągnął żaden rynek w Europie. Ale z tego tortu nie zyskały sportowe sieciówki tylko właśnie sklepy ludzi z pasją.

  8. Zgadzam się z Marcinem, sklep rowerowy to zajęcie dla ludzi z pasją. Na co dzień jeżdżę (i naprawiam) rower we Francji, mam więc okazję trochę podpatrzeć jak to funcjonuje. I powiem, że mój USR nie ma najmniejszego problemu z utrzymaniem się na rynku. Ba, w lecie umówienie roweru na przegląd graniczy z cudem. Poza tym ceny rowerów (począwszy od września, kiedy zaczynają się wyprzedaże starego modelu) spadają o 30, 40 procent. Nie mam wielkiej nakrętki na nowości, a w ten sposób płacę taniej niż w dystrybucji bezpośredniej, mam mechanika za przyjaciela i daję zarobić lokalnemu biznesowi.

  9. Klika moich rowerów z rzędu kupiłem w tzw sklepie lokalnym prowadzonym przez ludzi z pasją. Kiedy przyszedł czas na zmiany względy finansowe przeważyły – wybór padł na Canyona Stive. Nie od wczoraj jeżdżę na rowerze, więc sprawy związane z wyborem rozmiaru, składaniem i regulacją to sama przyjemność (i kilka browarów w garażu..). Sprawy się komplikują gdy dochodzi do reklamacji, do tej pory pomocni sprzedawcy milkną, a odpowiedź na maila trwa tygodniami. Na naprawę czekam już 2 miesiące…. Podobne reklamacje w zaprzyjaźnionym sklepie załatwione miałbym od ręki. Ja wyleczyłem się z kupowania przez internet i wracam do wspierania lokalnego biznesu, który jest kiedy potrzeba.

  10. Niestety nie zdażyło mi się jeszcze, żebym przed kupnem przejechał się testowo, czy przymierzył rower, którym byłem zainteresowany ( jeżdżę od 15 lat fr/am). Dobrze, że to co kupiłem okazywało się trafione, ale od lat słyszę w sklepach, że nie mają akurat tego modelu, albo takiego rozmiaru. „Trzeba zamówić dopiero się pan przekona, innej opcji nie ma ” – taką odpowiedź najczęściej słyszę. A sklepy znajdują się w dwu milionowym mieście i do tego sprzedają rowery znanych marek. Niestety, jak człowiek szuka wyspecjalizowanej maszyny to trzeba mieć szczęście, żeby trafić akurat na ten model i w konkretnym rozmiarze. Nie mówiąc już o przymierzeniu konkretnego modelu w 2-ch rozmiarach w celach porównawczych. Dlatego sprzedaż on-line i do tego test center w każdym państwie, w którym rowery konkretnej marki są dostępne, mają moim zdaniem przyszłość i sens. A USR dalej będą, tylko już raczej jako serwis i miejsce spotkań miłośników.

  11. Doigrałeś się Wooyek!
    Wooyek, napisz co to za ściema z tym całym Canyon-em, zasponsorowali Ci rower, czy co?
    Widzę, że nie jestem jedynym, który kupił ich sprzęt i ma z nimi kłopoty. Chociaż „kupił”, to za dużo napisane. Zapłaciłem za rower 3 sierpnia, a w piątek (20 listopada) mija trzeci termin dostawy, i nie zanosi się, że go dotrzymają. Wszystkie terminy sami wyznaczali. Jak rower dojdzie (jeśli w ogóle), zakleję wszystkie logo, nie będę robił im żadnej reklamy. TOTALNE OLEWACTWO. NASTĘPNY NAPEWNO KUPIĘ W SKLEPIE!!!

    1. Chciałbym tak było, niestety zapłaciłem cenę katalogową… :(

      Trzeba przyznać, że przez te całe przenosiny, z terminami ostatnio jest u nich dupa.

      1. A mogłeś dostać dobrą cenę na Gianta :P.
        Zapraszam :)

        1. Dokładnie. Ja też przymierzałem się do Canyon-a, ale po podwyżce cen troszeczkę mi szczęka opadła. Więc poszukałem w internecie i znalazłem sklep w Bielsku i udało mi się wynegocjować super cenę za Gianta.

  12. Michał, rower zakupiłem na dwa miesiące przed przeprowadzką Canyon-a do nowej fabryki, więc to ich nie tłumaczy.
    Na dzień dzisiejszy, mogę wymienić więcej powodów za tym, żeby NIE KUPOWAĆ ON-LINE, niż Canyon wymienia tych „za”.
    Mogłem kupić na miejscu Jekkyl-a, to dałem się skusić ładniejszej ramie Canyon-a…
    Nawet jeśli w końcu dostanę ten rower, to i tak firma jest dla mnie spalona.
    Kolejny rower wybiorę, przymierzę, zapłacę na miejscu i od razu zabiorę do domu, prosto ze sklepu stacjonarnego.
    POZDROWER

  13. Nie popadajmy w skrajnosci! Nie mozna generalizowac, jest gro ludzi zadowolonych ktorzy kupili swoje rowery zarowno w sklepie stacjonarnym jak i w systemie dystrybucji bezposredniej. Osobiscie mam jeden rower ktory kupilem pare lata temu na jesiennej wyprzedazy z 30% znizka(to wedlug mnie najlepszy czas na zakup upatrzonego roweru). Lokalny sklep i tak zarobil, a ja bylem zadowolony bo cena byla sensowna. Mam tez drugi rower ktory kupilem od YT. Jadac np do Austrii mozna zajechac do Forchheim do siedziby YT i osobiscie przymierzyc sie do dowolnego modelu w dowolnym rozmiarze (bylem, sprawdzilem, na miejscu sa zyczliwi kolezkowie, mozna pogadac o wspolnej pasji i sprzecie, polecam). Wszelkie naprawy, przeglady robie w lokalnym serwisie u kolegi pasjonata. Czesci eksploatacyjne kupuje albo w lokalnym sklepie stacjonarnym lub w sklepach internetowych. Jak na razie kazdy z nich zarabia i kazdy funkcjonuje z powodzeniem.

    1. I z reklamacją też polecisz do Forchheim?
      Polecam historię reklamacji YT opisaną na endurotrophy.pl.

      1. Czytalem sporo na temat problemow z reklamacjami etc i faktycznie jest to spory klopot kiedy pojawia sie problem, ale ja jestem niepoprawnym optymista i zakladam ze nie bede mial zlych przygod :-) W istocie nie namawiam do zakopow on-line, sam wolalbym w USR dotknac i przymierzyc sie do wybranego roweru oraz wspierac lokalny biznes, lecz to nie zawsze jest mozliwe…

        1. Ja też byłem optymistą, a potem kupiłem Canyona. .. W zasadzie, podczas reklamacji, przy sprzedaży bezpośredniej producent bike musi ogarnąć tylko temat ramy i elementów z nią związanych. Resztę można załatwić samemu bezpośrednio u producenta elementu. Niby proste, ale nie mijają dwa miesiące a ja nie mam nawet przybliżonej daty dostawy części- masakra… Canyona odradzam. Odstępuje od umowy i żądam zwrotu kasy. Do przemyślenia.

  14. Gdybym wcześniej trafił na te komentarze to być może nie sięgnąłbym po Canyona dlatego postanowiłem podzielić się swoimi doświadczeniami w tej kwestii. Na przestrzeni ostatniego roku kupiłem dwa. Pierwszy przyszedł 2 dni przed terminem drugi był na miejscu tydzień przed wyznaczonym terminem. Nie ma problemu ze sprawdzeniem na jakim etapie jest realizacja zamówienia. Nr klienta wystarczy żeby uzyskać taką informację. Nie było też problemu z dorzuceniem w międzyczasie, jeszcze przed wysyłką roweru, dodatkowych rzeczy zamówionych później.

Dodaj komentarz do tekstu Sprzedaż bezpośrednia czy zakup roweru w sklepie?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top